Odcienie Czerwieni

Forum Logi i Opowieści.
Awatar użytkownika
Diriana
Posty: 24
Rejestracja: 13 lut 2009 13:59

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Diriana » 18 paź 2019 15:59

***
Krew w skroniach pulsowała jak sztormowa fala, gnana wichrem adrenaliny. Poddawał się czemuś na pograniczu podekscytowania i zwykłego strachu. Musiał działać, tego był pewien. Przystanął, odetchnął głęboko, a potem spojrzał na swoje dłonie. Mimo stanu w jakim się znajdował, jego ciało wydawało się zaskakująco opanowane. Przemykał jak duch w półcieniach kamienic. Wiedział, że obserwują go na równi ciekawskie, co przerażone oczy ukrytych w budynkach osób. Czuł na sobie ciężar tego wzroku i niezmiernie mu to przeszkadzało.
Zawsze dbał o anonimowość, zatem wiele wykonanych przez niego do tej pory wyroków na dh'oine otrzymało w miejskich archiwach zacne miano spraw nierozwikłanych, gdzie nie ujęto sprawcy bądź podejrzewano zgon z przyczyn naturalnych. Aby odsłonić się aż tak jak dziś, potrzebował absolutnie wyjątkowych okoliczności. Nawet teraz nie do końca rozumiał, co w niego wstąpiło: dlaczego tak naprawdę dokonał wraz ze Skavo nagłej i samowolnej zmiany ustalonego przez dowódcę planu? Powinni obaj wyruszyć do siedziby grododzierżcy i wykonać zadanie, a jednak był teraz w całkowicie innym miejscu. Niesubordynacja dręczyła go tylko trochę. W głowie zaświtała mu myśl, którą odpędzał od dłuższego czasu. Nie przynosiła nic, a tylko mamiła, rozpraszała uwagę. Trudno było elfowi oprzeć się wrażeniu, że dostał to, co ma na własne życzenie, choć przecież inaczej nie mógł postąpić. Poprawił zasłaniającą twarz chustę, zaciągnął ją jeszcze wyżej. Spod czarnego kaptura nieustannie lustrował walkę.
Bruk skalany był krwią, trup słał się gęsto. Elf wychwycił jakieś zamieszanie nieopodal załadowanych towarami wozów. Dostrzegł, że jeden z oddziałów straży z jakichś przyczyn oddala się z placu, co mu odpowiadało. Ogólna sytuacja nie wyglądała jednak zbyt obiecująco. Ku uldze obrońców miasta nadciągnęła odsiecz z garnizonu oraz północnej bramy. Bój zaczął się na nowo - tyle że przy znaczącej przewadze żołnierzy dla zmęczonych już Wiewiórek nie był wyzwaniem, a rozpaczliwą walką o przetrwanie. Saeyael wiedział, że tak się stanie od chwili, w której ujrzał z dachu płonącej kamienicy oddział żołnierzy spieszących na ratunek mordowanej ludności. Przewidywał, jakie mogą być następstwa eskapady na stolicę, ale mimo to nie mógł ich tak po prostu zaakceptować. Obserwował teraz, że wypoczęci i uzbrojeni po zęby gwardziści znali dobrze swój fach. Nieustanne ćwiczenia, trudy służby, walka w szyku, ogólne wyszkolenie – to wszystko przemawiało na ich korzyść. Tymczasem uparci Scoia’tael nie zamierzali składać broni do samego końca. Saeyael chciał obrać najdogodniejsze miejsce i moment na wsparcie towarzyszy, toteż oglądał bitewny chaos.
Mori walczył bez ustanku niczym pogrążony w transie. Konsekwentnie milczał nawet wtedy, gdy wokół zaroiło się od kolejnych żołdaków. Opanowana twarz pozostawała bez wyrazu, lecz z jego ciemnych, bezdennych oczu spozierała sama śmierć. Każdy kolejny ruch wojownika był zaplanowany z morderczą precyzją. Wyprowadzał ciosy bezpardonowo. W ślad za cięciem pałasza podążał rozpędzony korbacz, którym elf wymachiwał z niespotykaną lekkością. Był przy tym zatrważająco skuteczny: nie wahał się, nie miarkował. Wielokrotnie odsłaniał się w ryzykownych wypadach, a mimo to do tej pory nikt nie zdołał choćby go drasnąć. Walczący z nim strażnicy przekonali się na własnej skórze, że straszliwa sława Moriego pozostawała prawdziwa co do joty. Był najgorszą zmorą dh’oine, jaką zrodziła elfia rasa.
Dzierżąca oburęczny miecz Letalia poruszała się niczym jego cień, choć znacznie bardziej subtelny. Stali plecami do siebie, wprawnie krążyli wokół osi wyznaczanej przez dzielącą ich przestrzeń, tworząc wprawione w ruch, śmiercionośne koło. Stopy tej pary zręcznie przemieszczały się po podłożu, w ten sam rytm wyznaczany przez walkę. Stanowili teraz spójny organizm: jedno wychwytywało razy przeznaczone dla drugiego, zadając przy tym szpetne obrażenia zdezorientowanym w ciągłej zamianie przeciwników strażnikom.
Hardin i Astrid mieli swój własny sposób na bój. Włochate pledy dodawały im animuszu, gdy, nie bacząc na zagrożenie, w bitewnym szale rzucili się na posiłki żołnierzy przybyłych z garnizonu. Byli uparci i kompletnie niezrównoważeni. Otrzymali kilka znaczących razów, jednak to tylko ich rozwścieczyło. Jeszcze zacieklej starli się z foltestowymi żołdakami, dołączając do zwartych w ciasnym szyku łamaczy z Mons Arx. Ciągłe skracanie dystansu walki przez doświadczonych brodaczy utrudniało wyzimskim strażnikom potyczkę. Nieporęczne halabardy i krótkie miecze stale szukały odsłoniętych fragmentów krępych ciał ukrytych za zbrojami oraz pawężami. Osławiony krasnoludzki upór wydawał się niezłomny. Może to sprawiało, że odsiecz garnizonowa jeszcze nie pochłonęła tej części grasantów, choć przy tak licznej przewadze zbrojnych wydawało się to tylko kwestią czasu.


***
Wokół niosły się plugawe przekleństwa ochoczo miotane ze schowanych za bujnym zarostem ust krasnoludzkich wojowników. Ruar dokładał do nich swoje niewybredne złorzeczenia, choć znajdował się w niewielkiej grupie Scoia’tael, którą usiłowali osaczyć i odciąć od reszty przybyli z garnizonu żołnierze. Robił, co mógł, by przyjąć siłę uderzeń wroga na siebie. Dzięki temu dh’oine kąsani byli zza jego pleców śmiercionośnymi żądłami ostrzy dzierżonych przez dwie elfki: Aidę i Dirianę. Boner oraz Kilvar walczyli tuż obok nich jak opętani, by utrzymać się przy życiu.
Krasnolud skupiał się na walce nawet wtedy, gdy twarz obryzgała mu struga krwi w ślad za otworzoną na ramieniu półelfa raną. To go tylko rozwścieczyło i wzmogło nienawiść do ludzi, choć ta przecież już od dawna wydawała się przekraczać wszelkie granice. W pewien sposób właśnie teraz czuł się na swoim miejscu: mógł bez opamiętania wymachiwać ukochanym młotem i mordować dh'oine.
- Nie oślepiaj mnie, Boneru, bo śmirci nie ujrzym – ponury żart poprzedził nerwowy śmiech zranionego towarzysza. Szczęk stali i ciągła wymiana ciosów nie dawały Scoia’tael ni chwili wytchnienia.
- Nie będziemy oglądać śmierci – drapieżny syk zza pleców Ruara odezwał się w nich dreszczem. – Jesteśmy śmiercią.
Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, do kogo należał. Czuł, że strażnicy coraz śmielej napierają na nich, spychają na krawędź żywota, a mimo to nie zdołał się nie uśmiechnąć. Poprawił uchwyt na młocie, uspokoił się. Wiele tygodni odgniatał rzyć na wozie, a przetrwać niekończącą się podróż mógł tylko dzięki myślom o tej właśnie chwili. Wielokrotnie wyobrażał sobie walkę, dyskretnie zwilżając gardło rozcieńczoną przepalanką. Doczekał się. Broń idealnie wpasowała się w jego dłoń – kruszyła kości, miażdżyła ludzkie tkanki. Okraszone krwią, rybie oczka Ruara zaszkliły się z nagłego szczęścia. Wiedział, że pewnikiem nie opuści już tego parszywego miasta żyw, ale zanim to nastąpi, zabierze ze sobą do grobu tylu dh'oine, ilu tylko zdoła. Był doświadczony i mimo pełnego oddania sprawie umiał racjonalnie ocenić szanse na powodzenie ich szaleńczej ekspedycji. Wiedział już na pewno - choć w zasadzie od początku to podejrzewał - że źle przeliczyli siły nad zamiary. Nie było to dla niego ważne, rozkaz to rozkaz. Śmierć jest naturalną koleją rzeczy wojownika, nad czym się zastanawiać? Pogodził się z tym, chciał tylko możliwie największych strat po stronie wroga. Nade wszystko pragnął jednak dobrej walki, a ta zaiste wrzała.

***
Elenril dostrzegał, że grupa foltestowych żołdaków stara się zamknąć jego towarzyszy w pierścieniu tarcz i halabard. Był bezsilny, bo choć usiłował do nich dotrzeć, na przeszkodzie stało mu kilku rosłych przeciwników oraz dziesiątki ciał zamordowanych. Ze zgrozą ujrzał, jak Scoia’tael mimo bezpardonowego oporu zostają w końcu otoczeni przez wprawny oddział straży garnizonowej i odcięci od reszty. Zamarł jak skuty lodem strumień.
Spędził w szeregach komanda tak wiele lat, że sam dawno temu przestał liczyć upływający czas, lecz nigdy nie mógł się pogodzić z bólem i możliwą bądź realną stratą któregokolwiek z kompanów. Nie łączyły ich więzy pokrewieństwa, ale o wiele mocniejsze: przypieczętowane krwią i wspólnym celem. Wszyscy kiedyś składali przysięgę i oddali swe istnienie idei. Obiecali bez wytchnienia nieść ogień Aelirenn - tak długo, aż strawi ludzki świat. Poprzysięgli, że póki jeden wojownik, jedna wojowniczka pozostaje przy życiu, to będzie choćby i ostatnią iskrą pożogi wskrzeszonej kiedyś przez Białą Różę Shaerrawedd. W takich chwilach docierało to do niego wyraźnie, krusząc zmarzlinę maski, jaką na co dzień ubierał. Elf zacisnął zęby i cierpiał, ale mimo paraliżu ogarniającego jego jaźń, starał się pozostać skupiony. Zadawał kolejne ciosy w rozpaczliwej próbie skrócenia dystansu do osaczonych Scoia'tael. Wszystkie te nieznośne bodźce uczuć, chęć pomocy towarzyszom broni, zmęczenie oraz przytłaczająca przewaga wroga w końcu rozproszyły jego uwagę do tego stopnia, że naraz otrzymał głębokie cięcie z ukosa. Stal utknęła między obojczykiem a ramieniem. Elenril ugiął się w bolesnym spazmie. Poczuł, że powoli opuszczają go zmysły.
- Ludzie do morza! – krzyk Kilvara rozbrzmiał w jego uszach. Ów elf walczył zamknięty w ciasnym pierścieniu obok Aidy, Bonera, Diriany i Ruara. Krasnoludzki wojownik mełł przekleństwa, lecz jeszcze bardziej soczyste były zadawane przezeń obrażenia. Elenril krzepił się tym, nadal nie pozwalał rozsądkowi utopić nadziei w zalewającej go fali bólu i odrętwienia. Docierający doń odgłos gruchotanych ciężkim młotem Ruara ciał przeciwników był muzyką dla uszu nawet w tej chwili, gdy położenie komanda było - delikatnie rzecz ujmując - beznadziejne.
– Ludzie do morza! Aelirenn! – odpowiedź zawtórowała rozpaczliwym i fanatycznym echem głosów Scoia’tael, którzy pozostawali ciągle przy życiu. To znane zawołanie było w tym momencie kuriozalnie trafne. Brodzili w krwi znienawidzonych dh’oine. Krwi, która zaczynała powoli mieszać się z ich własną.
Elenril mimo utraty animuszu nie odrywał wzroku od zamkniętych w żołnierskim pierścieniu wojowników, a przy tym ciągle walczył. Nagły okrzyk zwrócił uwagę elfa w innym kierunku. Tuż nieopodal jeden z temerskich strażników stał w rozkroku nad skuloną na ziemi asymilantką. Kobieta przysłoniła twarz rękoma i czekała.
- Zdychaj, zdradziecki mieszańcu!
Człowiek uniósł broń do ostatecznego ciosu, lecz nigdy go nie zadał. Ranny wojownik bez namysłu doskoczył do dh'oine, wraził miecz w odsłonięte przy mocowaniach napierśnika ciało. Gdy żołdak upadł na bruk, półelfka odsłoniła ukrywane do tej pory w dłoniach lico i spojrzała na swego wybawiciela. Wzdrygnęła się rażona mroźnym spojrzeniem wojownika, ale mimo to rozedrganym i oskarżycielskim jednocześnie głosem rzuciła:
- To wszystko przez was, obdartusie. Wszystko przez takich jak wy. Traktują nas jak zdrajców przez Scoia'tael. Żyć spokojnie nie możemy. Po co wam to było? Zginiecie tu, a my razem z wami! Nienawidzę cię, elfie, nienawidzę. Nienawidzę was wszystkich - łzy ciekły po jej policzkach niby dwa gniewne potoki.
- Nazywasz życiem trwanie w ludzkim mieście, bez celu i sensu. Otoczona ich pogardą tylko z powodu elfiej krwi, jaką - chcesz czy nie - w sobie masz. Może kiedyś dotrze to do ciebie i innych... Może wtedy jeszcze nie będzie za późno - uciął Elenril i odwrócił się, wyczuwając za plecami zagrożenie. Odbił cios kolejnego żołnierza, nadwerężone ramię i sącząca się z rany krew dały mu się we znaki. Ostatkiem sił pokonał napastnika i otarł wierzchem dłoni oblane potem czoło. Nie obejrzał się nawet na ocaloną wcześniej półelfkę. Było mu niemal wszystko jedno, czy asymilantka pozbawi go życia zdradzieckim pchnięciem w plecy.
Mimo upływu czasu wyznaczanego kolejnymi uderzeniami serca, nic takiego się nie stało. Ciągle oddychał. Zakręciło mu się w głowie, lecz odzyskał względną przytomność i pełen niepokoju zwrócił oczy ku walczącym w zamkniętym kręgu towarzyszom. Nim zdążył dokładnie odróżnić zwarte w bitewnym zgiełku twarze, nim zemdlał od otrzymanych razów, uchwycił nikły promyk otuchy: biało-czerwona sylwetka wybiła się nad strażników w akrobatycznym salcie, wylądowała tuż za ich plecami. Wrzasnęła jak rozdrażniony zwierz, a wtórujące temu ciosy jej nagich kling zmasakrowały dwóch pobliskich żołdaków. Elenril nie był pewien, czy to przedśmiertna mara, sen, czy też jawa. W amoku zamordował jeszcze jednego strażnika, a potem opadł na bruk. Krew wsączała się w jego odzienie i zapraszała w ciche ramiona śmierci.

***
Pogrążona w furii elfka sprawiała wrażenie nieobecnej, zaślepionej gniewem. Stylu jej walki nie można było pomylić z żadnym innym. Raz pozostawała ulotna jak unosząca się w powietrzu, pajęcza nić, innym razem kipiała pierwotną brutalnością. Ów stan zdawał się zaprzątać całą uwagę i energię kobiety. Ona jednak instynktownie wychwytywała, iż Scoia’tael odpierają ataki ludzi coraz rozpaczliwiej. Otrząsnęła się z bitewnego transu i skonsternowała, że wprawni temerscy żołdacy otaczają ich pierścieniem: chcą zmiażdżyć, przeszyć halabardami na wylot. Wszyscy - tak sami wojownicy komanda jak i ich wrogowie - wiedzieli, że szkoleni w kaedweńskich lasach nieludzie znają partyzancką wojaczkę, ale nie potrafią sprawnie przeciwstawić się ciężkozbrojnemu wojsku w otwartej walce. Wystarczyło jedno spojrzenie na wrzącą w sercu Wyzimy walkę, by to potwierdzić. Niemal pewne wydało się teraz, że dla garstki bojowników nie ma już ratunku. Tak też podpowiadał Dirianie rozum, dlatego nie mogła się z nim zgodzić. Gdyby to zrobiła, równie dobrze mogłaby natychmiast odłożyć bronie i pozwolić się zamordować.
Na samą myśl o tym zaśmiała się, przestała kalkulować. Przymknęła oczy i pozwoliła, by - tak jak wcześniej, przed walką - inne zmysły łowiły otoczenie. Unosił się w nim metaliczny zapach wszechobecnej krwi, a podenerwowanie walczących oraz ich wzajemna nienawiść były tak oczywiste i namacalne, że zdawały się dosłownie wisieć w powietrzu. Okalający elfkę zgiełk bitwy brzmiał niczym najpiękniejsza aria. Ulotne podmuchy wiatru tworzone przez uniki, wymachy i nieustanny śpiew stali walczących dotykały jej skóry, tańczyły z kosmykami rozwichrzonych, karmazynowych włosów. Wojowniczka trwała w chwilowym bezruchu, chłonęła osobliwe takty muzyki, gdzie dyrygentem była chaotyczna potyczka. Uniesiony kącik pełnych ust kobiety okazał się jedyną oznaką, że uchwyciła w tym jakiś rytm, który przecież nie powinien istnieć.
Bardziej wyczuła, niż zobaczyła nadchodzący cios. Mocne smagnięcie halabardy najpewniej przeszyłoby śnieżnobiałą kolczugę i otworzyło na jej piersi śmiertelną ranę, gdyby nie błyskawiczny refleks wpajany elfce od najmłodszych lat. Wygięła całe ciało w łuk, odchyliła je w tył daleko poza granice równowagi. Balansowała nim niczym akrobatka i cudem tylko rozpędzona broń drzewcowa nie dosięgnęła celu. Pewny swego żołnierz wybałuszył oczy, zachwiał się po chybionym wypadzie w przód, jakiemu towarzyszyło agresywne uderzenie. Z niedowierzaniem obserwował, jak jego przeciwniczka tuż po karkołomnym uniku poderwała sylwetkę do skoku. Wystrzeliła w pełnym gracji salcie, dwoma furiackimi ruchami dłoni dzierżących smukłe, elfie miecze zacięła żołnierzowi nadgarstki tak dotkliwie, że wypuścił broń. Mężczyzna wrzasnął, a stojący obok niego towarzysz naraz zachwiał się i upadł niby rażony gromem. Grad ciosów elfki spadł na ich obu bez ostrzeżenia, gdy ta z impetem mijała ich w powietrzu. Strażnik zdołał się odwrócić, gdy przeciwniczka wylądowała tuż za nim, poza pierścieniem zamykającym grupę Scoia'tael w potrzasku.
Jeden gwardzista już drgał w konwulsjach z rozpłataną twarzą, drugi pozostawał na jej łasce. Dzięki pierwotnemu instynktowi wojowniczki szkolonej w nieznanych rubieżach prastarej kniei, intuicyjnie odczytywała emocje swojej ofiary. Tak było i tym razem. Decydowała o życiu i śmierci człowieka, a on był tego w pełni świadomy. Mimo to nadal mamiła go ruchem, zwodziła unikami i raziła finezją ciosów wirujących ostrzy, wobec których był bezradny. Mknąc w zabójczym tańcu widziała na twarzy człowieka kompletnie sprzeczne odczucia. Żołnierz wpatrywał się w nią wybałuszonymi oczyma i jak zahipnotyzowany śledził każdy ruch, ale najwyraźniej nie mógł zdecydować, czy ta dzikuska bardziej go przeraża, czy fascynuje.
Z jej gardła wydobył się krótki pomruk. Zauważyła, że wrogowie ponownie zamierzają utworzyć okrąg - tym razem tylko wokół niej - ale mimo krytycznego położenia wydawała się trwać w swoim żywiole. Bawiła się z mężczyzną jak kot ze zdobyczą, aż wreszcie krótka lustracja otoczenia i stwierdzenie, że chwilowo zdezorientowani żołnierze odzyskują rezon nakazały elfce zakończyć igraszki. Zrobiła to równie szybko, co okrutnie. Zmrużyła oczy w wąskie szparki, a nikły skręt nadgarstka posłał niezwykle precyzyjne cięcie na odsłoniętą grdykę żołnierza, który charcząc upadł na bruk.
Złudne szczęście nie trwało długo, uszło w nicość, przynosząc przykre konsekwencje. Ujrzawszy śmiałe poczynania wojowniczki, znajdujący się w najbliższym otoczeniu strażnicy zgodnie zwrócili się przeciw niej. Próbowali odciąć ją od towarzyszy, co ułatwiały im dwa dzielące Scoia’tael i elfkę truchła. Ruar wraz z innymi rzucili się w stronę Diriany, usiłując przyjść jej z pomocą. Nadaremnie.
Swój arogancki występek, który może byłby skuteczny na otwartym polu walki, acz na pewno nie w tak ciasnym szyku wprawnych gwardzistów, kobieta przypłaciła dotkliwie. Była na siebie wściekła, ale nie poddawała się. Walczyła jak drapieżna bestia, lecz mimo wysiłków nie mogła widzieć, co dzieje się ze wszystkich jej stron naraz. Tymczasem jeden z niepozornych gwardzistów obserwował elfkę zza pierwszej linii szyku i przygotowywał się do zadania decydującego ciosu.

***
- Patrzcie, nawet zdychać nie potrafią – chłodne stwierdzenie Ilane towarzyszyło pieczołowitemu otarciu ciepłej jeszcze krwi zdobiącej kosę o truchło ofiary.
Aenyell trącił czubkiem buta stygnące ciało zabitego własnoręcznie strażnika.
- To dh’oine. Żyją zbyt krótko, by choć pomyśleć o cieniu wiszącej nad nimi śmierci.
- Trupy jak trupy, cholernie tu śmierdzi – Ellinael wykrzywił się z nadzieją, że niebawem oddział wojowników opuści slumsy stolicy. Elfka zgromiła go wzrokiem, więc natychmiast ucichł i opuścił głowę.
- Kamienice podpalone. Ogłoszono alarm – rzucił Karakson, rozglądając się czujnie.
- Wyzima płonie, a wschodnia brama nie ma już strażników – skwitowała z pogardliwym uśmieszkiem Ilane, nadal nie odwracając oczu od krnąbrnego młodzika.
- To wszystko prawda. Plac miasta nasiąka krwią. Widziałem parę dziesiątek zabitych – mruknął Ulav. – Widziałem naszych. Dzielni są – uciął i ukrył niepokój brzydkim przekleństwem. Nikt się nie odezwał. Cisza mówiła więcej, niż słowa. Konsul otarł czoło. Musiał wziąć się w garść.
- Bramy zamknięte, strażnicy zajęci. Bloede, trzeba działać – rozejrzał się podejrzliwie. – No, wyłaźże, Jelek. Ile będziesz się tam chował?
Naraz skrzypnęły drewniane drzwi komórki wciśniętej między kamienice, zza których wyłonił się krogulczy nos oraz jego rachityczny właściciel. Małe, czarne jak węgle i rozbiegane oczka gnoma bezczelnie lustrowały Scoia’tael.
- Jestem przecież, kolego konsulu, jestem jak zawsze do usług – wyrzucany przez tak wąskie, że prawie niewidoczne usta Jeleka potok słów brzmiał jak skrzekliwy bełkot. Malec ukłonił się niezgrabnie. Ramiona miał uniesione, jakby celowo kurczył się i ukrywał w nich karykaturalnie długą szyję.
- Wskazałeś nam drogę do miasta, rad jestem – Ulav uścisnął ramię gnoma tak mocno, że ten się aż zatrząsł.
- Zawsze do usług, zawsze do usług – powtarzał Jelek, uśmiechając się przymilnie. – Wasza sława was wyprzedza, nie śmiałbym odmówić pomocy.
Ulav był wyraźnie poirytowany.
- Przestań pieprzyć, Jelek. Skup się.
- Tak, konsulu?
- Mów szybko, jak wyprowadzić wojowników za Wyzimę? Da się to zrobić kanałami z placu? Znasz drogę?
- Z przeproszeniem waszym, ale stamtąd to niemożliwe. Tam teraz niebezpiecznie, oczu dużo, niedobrych oczu. Walczą tam, a jam jest pacyfista, ja się do wojaczki nie nadaję. Na interesach i hazardzie się wyznaję, a to rzecz, wiecie sami, rozumu. Niektórzy i w umyśle i ciele mocni, ale ja do bitki ciągot żadnych nie mam. Spójrzcie tylko na mnie. Mizerny jestem, miecza nie uniosę. Słabo mi na samą myśl o bólu, o ranach. Krwi nie lubię, od tej tu rozlanej już mi niedobrze jak cholera. Ledwo spazmy wymiotne wstrzymuję, bo to też paskudzić nie wypada przy tak zacnej kompanii. Nieważne, nieważne... W sumie co was może obchodzić mój delikatny odbiór świata. Konsul pytał o plac, a z placu wydobyć szanownych Wiewiórek się nie da tak po prostu, tak już, natychmiast. To wam powiadam najuczciwiej i najszczerzej. Przyczajcie się tu, mili koledzy - bełkotał Jelek. Jedno zerknięcie na Ilane i jej paskudną minę wystarczyło, by zaczął się jąkać. - Ko... ko... koledzy i koleżanka, rzecz jasna - przełknął ślinę i potarł grdykę zanim zaczął mówić dalej, tym razem nieco ostrożniej. - Muszę coś wymyślić, dlatego chcę dotrzeć do jednego z moich kontaktowych, a potem wrócę i wszystko wam pokażę. Tak, tak… wszystko pokażę – mamrotał ni to do Ulava, ni to do siebie, gnąc się w żałosnym pokłonie. Odwrócił się na pięcie i zaczął iść, lecz wstrzymał go kategoryczny głos.
- Hola, hola. Nie tak prędko. Nigdzie nie pójdziesz, kolego – konsul zaakcentował ostatnie słowo. – Zaprowadzisz nas na plac i to teraz, w tej chwili – uciął, a potem skomplikowanym gestem dłoni wydał komandu jakieś polecenie, wskazał leżące na ziemi ciała strażników.
- Ale… - Jelek jęknął żałośnie i obejrzał się za siebie kuląc się jeszcze bardziej. Napotkane spojrzenia jednoznacznie skończyły dalsze dyskusje. Gnom westchnął z rezygnacją i zaczął mocować się z prowadzącą do kanałów kratą. Z pomocą przyszedł mu Aenyell odziany w zakrwawioną zbroję temerskiego strażnika. Już wkrótce wszyscy zanurzyli się w cuchnące korytarze.
Zblazowany przewodnik zapalił pochodnię. Jego ogromny nochal przy akompaniamencie światła tworzył na ścianach karykaturalne cienie, kiedy niezgrabnie poruszał się naprzód. Unosił przykrótkie kulasy wysoko, jak gdyby miało go to uchronić przed brodzeniem w paskudnej substancji, której nijak nie można było nazwać wodą. Ulav i Ilane szli tuż za nim. Karakson i Aenyell zamykali pochód, wymieniając kąśliwe uwagi z Ellinaelem. Skóra młodzika była blada jak płótno. Widać było, że z trudem pokonuje obrzydzenie, chociaż starał się utrzymać dziarski wyraz twarzy.
- Co za smród. Pomyśleć, że dh'oine i asymilanci żyją nad czymś takim - bąknął.
Karakson uśmiechnął się szelmowsko, wygrzebał niewielki woreczek zza poły płaszcza i bez słowa wcisnął go w dłoń Ellinaela, mrugając doń porozumiewawczo. Rozweselony nagle elf przystanął na chwilę i zniknął w cieniach, a kiedy dogonił pozostałych, jego zielone oczy wydawały się rozszerzone do granic możliwości. Tak samo jak zmysły.
- Choć zaczynam dostrzegać uroczą melancholię w tych oblanych ściekami korytarzach, to nadal mi tu strasznie śmierdzi.
- Kanały pozwalają mieszkańcom jakoś funkcjonować, oddychać i nie brodzić w tych, wiecie, fekaliach. Wyzima to królewskie miasto, nowoczesne, miasto pełne możliwości. Dla każdego spryciarza zajęcie się znajdzie - bełkotał Jelek rozglądając się na boki. Przyspieszył kroku i mamrotał nieustannie. - Tu albo zdechniesz w slumsach, albo się dorobisz. Wiadomo, że klasa robotnicza, ta uczciwa znaczy, to ma niewesoło. Podatki Foltest zdziera ogromne, a choćbyś pracował jak ten wół, garb zginał dzień w dzień, to wiele z tego mieć nie będziesz. Żreć i żyć jakoś trzeba, ale paniska przecież utrzymanie muszą znaleźć, straż opłacić, porządek w mieście trzymać. Bez garnizonu to by tu moc złego się działo, powiadam. Przestępstwa i grabieże w biały dzień, spokoju by nie było ani trochę. Tak to przynajmniej ciemny interes kwitnie w melinach, veleradowi przymykają oko dla niektórych. Da się przetrwać. Choć tacy jak ja mają tu najgorzej, wiecie sami.
- Co masz na myśli? - zainteresował się Karakson.
Jelek kaszlnął, potarł kinol.
- Ano - zaczął - nieludź jestem, jak i wy. Asymilant pieprzony, znaczy dla większości oszust albo kolaborant. Tylko od czarnych mnie nie wyzywają, ale sam nie wiem, czy to akurat mi jakoś sprzyja.
- Przecież nam pomagasz, więc dobrze gadają - zaśmiał się elf. Jelek zignorował złośliwość i ciągnął dalej:
- Na ręce mi patrzą, wyjść spokojnie z przybytku nie mogę, żeby mi na plecach jakiś szpieg nie siedział. Takie życie, szanowni, takie życie. Nie żebym bardzo narzekał. Chcę przetrwać, więc muszę radzić sobie w każdych warunkach. Między innymi dlatego znam te kanały jak własną sakiewkę. A, właśnie... - jęknął, zatknął się na chwilę. Nabrał powietrza i wydusił jednym tchem - Co do sakiewki, to przypomnieć mi wypada...
- Nawet o tym nie myśl, Jelek - przerwał mu Ulav. - Dostaniesz co twoje, teraz nie czas na to.
- Na interesy zawsze jest odpowiedni moment, ale pojmuję, mości konsulu, pojmuję. Okoliczności mogą nie sprzyjać, a my przecież ufamy sobie. Poczekam, poczekam... Tak tylko nadmieniłem o rozliczeniu, bo wiecie, pilnować swego każdy musi. No, ale jak powiedziałem, znam kanały, zaprowadzę was gdzie trzeba.
- Twoje szczęście, Jelek.
- Rzekłbym, że wasze, ale co ja tam wiem. Ja tylko prosty handlarz jestem, choć teraz to muszę zdradzić, że hazard lepiej idzie. Saovine w końcu, to już co lepsze towary sprzedane. Sam chłam się ostał, niewart uwagi. Drobni mieszczanie się skuszą, ale dla poważnych klientów to już nic prócz rozrywek nie posiadam. Od jesieni aż do samych roztopów mam nadzieję zarobić małą fortunkę na tych, znacie pewnie, grach i zakładach.
- W rzyć sobie wsadź swoje gry i zakłady, prowadź nas na plac - Ilane nie kryła irytacji. - Już dość się nasłuchałam o pożałowania godnych problemach takich sukinsynów, jak ty. Twój wybór, że siedzisz tu pośród dh'oine. Oni gardzą tobą, a ty nimi. Wyłudzasz od nich, co możesz, a przy tym pewnie jeszcze dobrze się bawisz. Lubisz to, nie zaprzeczysz.
Jelek przystanął, obejrzał się z fałszywym uśmieszkiem.
- Pewnie, że lubię, ale to nie wystarczy, żeby przeżyć. Potrafię to i owo, dlatego jeszcze mnie nie powiesili stróże prawa, ani nie zamordowali na zlecenie oprychów jacyś skrytobójcy. Wiem komu szepnąć słówko, a kogo omijać. Znam tych, co trzeba im płacić. No i płacę, co zrobić. Muszę się dzielić z większymi od siebie, tymi co mają wpływy i mogą więcej. Takie tu mamy zasady. Kto ich nie zna albo je nieumiejętnie ignoruje, ten ginie. Koleżanka musi wiedzieć, że fach mój niełatwy ani nieładny. Jest, jaki jest, ale ma swój wdzięk. Ot, biznes - świdrował Ilane wzrokiem, a ta pozostawała niewzruszona.
- Nic mnie nie obchodzą twoje interesy. Zamknij się wreszcie.
Gnom westchnął i już miał coś powiedzieć, ale nie pozwolił mu na to Karakson.
- Jelek, wygląda na to, że niby narzekasz, ale tak naprawdę jesteś zadowolony. Nic cię nie obchodzi walka o wolność, prześladowania starszych ras. Nie obchodzi cię wszechobecna pogarda dla nieludzi ani pogromy. Chcesz tylko na tym wszystkim skorzystać, choćby po trupach, ale do celu.
Przewodnik zmieszał się, mruknął coś niezrozumiale i zaczął iść naprzód szybciej niż wcześniej. Dopiero po chwili bezładnego mamrotania odezwał się głośniej.
- Nic nie rozumiecie, nic a nic, ani trochę. Pretensji mieć nie mogę, bo nie wiecie jak się tu żyje i co trzeba robić. Nie wiecie, do czego jestem zmuszony.
- To ty nie rozumiesz. Trwa wojna. Wiemy, jaka jest stawka i co się stanie, gdy przestaniemy walczyć - Karakson nie dawał za wygraną. Aenyell położył dłoń na jego ramieniu.
- Daj pokój, w nim nie ma ani śladu iskry. Przesiąkł dh'oine do szpiku kości.
- Gdzieżby tam, mili koledzy, gdzieżby tam... - skrzypnął Jelek, udając urażonego.
- Złapię zaraz tego łgarza i skręcę mu kark - syknęła Ilane. Ulav uspokoił ją spojrzeniem, zniecierpliwił się.
- Nie denerwuj mojej elfki i ruszaj się, Jelek. Wiesz, że nie ma czasu, a gadasz jak najęty. Daleko to jeszcze?
- Daleko, daleko, temu rozmawiamy. Szybciej i przyjemniej droga minie - teraz przewodnik wydawał się pozostawać beztroski, jakby nie słyszał wypowiedzianych wcześniej gróźb i nieprzychylnych słów. - Opowiedzieć wam może jeszcze, jaki to skandal wybuchł w mieście, gdy się okazało, że do banku Vivaldich trafiają trefne oreny?
- Słyszeliśmy o tym, Jelek. Prowadź, nie gadaj.
- Jak sobie życzycie, już milknę.
Gnom wiódł komando coraz bardziej krętymi korytarzami. Scoia'tael dawno temu stracili orientację w niekończącym się labiryncie kanałów, ale malec wydawał się czuć swobodnie. Cisza nie trwała długo.
- Kolega konsul się nie martwi, wszystko mam pod kontrolą. Jeszcze kawałeczek, jeszcze kawałeczek...
Jelek szedł teraz tak szybko, jakby nabrał nowych sił. Komando bez śladu zmęczenia podążało za nim. Dotarli do skrzyżowania korytarzy, skąd można było ruszyć w każdą stronę świata.
- Na północ, moi mili, na północ. Spieszmy się! - skrzypnął przewodnik i ruszył do przodu nagłym biegiem. Nieufni Scoia'tael natychmiast rzucili się za nim.
Gnom wpadł w korytarz, jednym ruchem zgasił pochodnię zanurzając ją w ściekach. Podążył w niedostrzegalny pośród ciemności zaułek. Wiewiórki były niedaleko, ale przecież nikt prócz niego nie znał kanałów. Słyszał nadchodzące kroki, słyszał rozpryski mąconej biegiem wody. Przylgnął plecami do ściany, wyszukał dłońmi charakterystyczny wypust. Poczekał, aż wszyscy miną jego kryjówkę i udadzą się dalej w newralgiczny fragment korytarza, a później z całych sił nacisnął kamień uruchamiając ukryty mechanizm. Scoia'tael nieświadomie podążyli za daleko i nie znaleźli swego "przewodnika", a w dodatku naraz za ich plecami opadła ciężka, stalowa krata, której mimo wysiłków nie zdołali podnieść. Utknęli w plątaninie wyzimskich kanałów, zdani tylko na siebie.
- Trzeba było płacić, jak ładnie prosiłem, wstrętny konusie - szepnął Jelek, a złowróżbne echo jego własnego głosu przyprawiło go o dreszcze. Po chwili parsknął i zaśmiał się, gdy skonsternował, że ów barwny epitet mógłby zostać z powodzeniem użyty także w stosunku do niego samego. – Błądźcie sobie do woli, a najlepiej zdechnijcie tam, rudzielce wszeteczne. Każdemu na dobre to wyjdzie. Ech, co zrobić - westchnął. - To nic osobistego. W sumie ciekawa banda, jak na te parszywe czasy. Cóż. Takie życie, takie życie… Biznes jest biznes, nie ma sentymentów. Pora wyjść na zewnątrz i dokończyć robotę – gnom opamiętał się, a następnie rozpoczął nieskładną wspinaczkę po oślizgłych szczeblach drabinki prowadzącej do zamocowanej u góry klapy.
Wynurzył się na wyzimską ulicę jak węgorz, umazany ściekami i śmierdzący, ale zadowolony jak nigdy dotąd. Poskładał się nieporadnie, z wysiłkiem zamknął wiodące do kanałów wejście. Zerknął na budynek, w którym urzędował grododzierżca. Zawahał się, zachwiał, ale wreszcie ruszył w tamtym kierunku. Ten jeden jedyny raz zupełnie zignorował ostrożność, toteż nie dostrzegł wpatrzonych w niego z cieni, jasnych oczu.
..And I felt I was in a trance and my spirit was lifted from me...

Awatar użytkownika
Viveck
Posty: 27
Rejestracja: 20 lut 2018 12:08

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Viveck » 20 paź 2019 00:54

Dynamika i opisy walki świetne! Naprawdę przyjemnie się czytało.
Nie wiem jak powstał Jelek, lecz dzięki temu fragmentowi można go dobrze poznać i wyszedł fenomenalnie :D
Viveck

Yenrond
Posty: 15
Rejestracja: 15 paź 2019 13:47

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Yenrond » 29 paź 2019 18:29

Czekam z niecierpliwością na więcej :)

ODPOWIEDZ