Zwali mnie Szarą - Opowieść arkadyjska

Forum Logi i Opowieści.
Awatar użytkownika
Dymhard
Posty: 88
Rejestracja: 26 cze 2010 18:12

Zwali mnie Szarą - Opowieść arkadyjska

Post autor: Dymhard » 22 cze 2021 19:23

Półelfka zmrużyła lekko oczy. Przystanęła chwilowo na trakcie, zastanawiając się. Podróżując w okolicy Ard Carraigh oraz na reszcie gościńców zawsze czuła sporą dawkę grozy, szczególnie gdy chodziło o samotne wypady. Nawet kiedy podróżowała ze swoją grupą to zawsze czuła coś pod skórą. Jednak teraz, w tej sytuacji było znacznie gorzej. Nie okazywała tego, jednak w duchu była bardzo niespokojna. Wiedziała trochę o tropieniu więc przyklękła. Była noc, bezchmurna pełnia. Ten odcinek traktu był nieco ubrudzony ściółką, więc wysunęła wyuczonym ruchem sztylet z rękawa i zaczęła rozgarniać igliwie. Końcówka jej sztyletu drżała. Jak nigdy.

Trwała obława. Elfie komanda wystawiały już regularne oddziały. Liczne, dobrze uzbrojone z dowództwem co miało łeb na karku. Nawet półelfy do nich przystawały. To było dla niej zastanawiające, ponieważ myślała, że w taki sposób pozbawiają się człowieczeństwa. W sensie tej części czysto ludzkiej natury. A dla jej tożsamości najważniejsza była równowaga. Między ludzką a elfią naturą. Ludzie i nieludzie zawsze będą ją uważali za mieszańca, nigdzie nie znajdzie spokoju i miejsca. Dlatego nigdy nie myślała o mieszkaniu w mieście czy na wsi ani spędzania czasu między podróżnikami. Zawsze ‘żyła na trakcie’. Własne pochodzenie traktowała jako pewien rodzaj piętna. Jak sobie z tym radzić to było dla niej ważne pytanie. Odpowiedź, nie była prosta ani jasna. Lekcja związana z tym pytaniem była rozciągnięta na czas całego jej żywota. Odrobi ją najlepiej w samotności pomyślała gorzko.

Jednak przez obecny czas nie było tak samotnie. Znalazła robotę i nauczyli ją trochę tego i tamtego. Tylko w pewnym momencie wszystko zaczęło się walić. Jak przysłowiowy domek z kart.

A co do samych komand to na tym terenie czuły się już swobodnie. Obława przyniosła bardzo odwrotny skutek do zamierzonego. Elfy ściągnęły posiłki z najdalszych zakątków Kaedwen oraz terenów przygranicznych, do walki z ludźmi dołączyły nawet Elfy z Gór Sinych. Często neutralne wobec konfliktów, tutaj zaangażowały się z całą mocą. Morale wszystkich nieludzi od początku walk były wysokie. Przecież historycznie to tutaj pierwszy raz podnieśli broń. Wspaniałą mieli wtedy metodę na walkę o równość ras. Palenie mniejszych wiosek, czasami dla urozmaicenia pojedyncze morderstwa na traktach albo lasach i tak dalej. Przez nich zasymilowani nieludzie mieli tylko problemy. Nie tylko takie ze ktoś splunie ci pod nogi, znieważy, stracisz przyjaciół czy mieszczanie przestaną odwiedzać prowadzony przez ciebie sklep lub w najgorszym razie go spalą.

Pogromy. Przed rozpoczęciem partyzantki nieludzi były to bardzo pojedyncze sprawy. I to raczej na zasadzie, gdzieś tam w zabitych dechami dziurach -'Hejta chłopy! Krowy mleka nie dają i studnia wyschła! Nie wiemy, jak temu zaradzić, więc na wszelki wypadek powieśmy elfa!'. Czyli takie bardziej lincze. W prostych głowach wieśniaków, takie kolektywistycznie nastawienie, żeby przy jakiś klęskach nieurodzaju lub po jakimś złym wydarzeniu zawsze szukać 'wroga z zewnątrz'. A najbliższe im 'zewnątrz' to elfia zielarka osiadała we wsi albo elfi myśliwy z chatką pod lasem. Często też elfy zasymilowane były oskarżane o niecne motywy oraz skłonność do przestępstw. Jak doszło do najgorszego, to po czymś takim jak tylko pan się zorientował co zaszło, przybywał posłaniec najczęściej ze stolicy z wezwaniami. Następnie odbywała się normalna rozprawa sądowa.

Później, gdy partyzantka zaczęła się rozwijać i nabierać skuteczności to pogromy zaczęły być systemowe lub podżegane przez lokalnych przywódców religijnych. Zwykle ginęła w nich jedna trzecia lub nawet połowa społeczności nieludzi na danym terenie. Nikt za to nie ponosił żadnej odpowiedzialności. Nieludzie uciekali w trakcie lub opuszczali teren zaraz po zdarzeniu. Zostawała garstka. Komanda się oburzały, często dołączali wtedy nowi rekruci, partyzanci wzmagali działania w terenie potem jakiś wyższy kapłan ognia w nomen omen płomiennych kazaniach oskarżał osiadłych nieludzi za taki stan rzeczy, rozpoczynał się pogrom. I tak w kółko. Wieczna spirala nienawiści. Tak zawsze było i tak działało. Henselt chciał temu zaradzić. Oczywiście w swoim stylu. Obława oficjalnie miała dwa cele. Zapobiec dalszemu rozrostowi osobowemu komand oraz zatrzymać zbrojenia bezpośrednie partyzantów. Jednak natrafiono na fanatyczny opór. W tym momencie Kaedwen to była jedna wielka strefa działań wojennych. Na początku trudno było utrzymać bezpieczeństwo tylko na dalszych wioskach oraz pobocznych traktach. Teraz każda wieś była już wrażliwa na ataki wroga. Wszystkie gościńce stały się niebezpieczne. Względny spokój panuje jedynie wokół największych miast, gdzie bezpieczeństwa dodatkowo doglądała gwardia miejska, głównego zgrupowania wojsk i większych obozach wojskowych. Nasilone bezpośrednie ataki na żołnierzy powodowały coraz większe straty. Żołnierze ginęli już prawie masowo. Wojsko od dawna nie wygrało chociażby potyczki. Dyscyplina i morale siadły. Coraz częściej dochodziło do przypadków dezercji. Szabrownictwo stało się już powszechne. Gospodarka całkowicie stanęła. Wobec niezagospodarowania wysokich gór, które stanowiły większą część królestwa podstawą w tym kraju był wyręb drzew i myślistwo. Teraz nikt o zdrowych zmysłach w lesie nawet nogi nie postawi. Poziom bezpieczeństwa kaedweńskich lasów i puszcz spadł do poziomu Brokilonu, a nawet niżej, bo driad jest o wiele mniej niż elfich bojowników bezpośrednio zaangażowanych w walki. Z tego powodu widmo długotrwałego głodu wobec ludności staje się bardzo realne.

Osobiste podejście półelfki do tej wojny było zgodnie z jej podwójną naturą. Próbowała w jakiś sposób zrozumieć obie strony. Jednak daleka była od czarno-białego poglądu na świat. Świat jest szary. Brudny. W życiu zawsze wybierała trzecią drogę. Nie to, że mniejsze i większe zło i jak niektórzy powiadali, że wolą nie wybierać wcale. Tak nie ma niestety. To przywilej królewski. Zwykłych ludzi to nie dotyczy. Jak nie wybierzesz wcale to zginiesz albo zginą inni wraz z tobą. Zwłaszcza teraz. Zwłaszcza w tych czasach.

Już była w stanie wyróżnić ślad. Południe, jeden piechur, buty żołnierskie. Niedaleko jest strażnica. Uspokoiła się, pewnie jakiś żołnierz powracał z patrolu.

Odpocznie tam chwile przy świetle i cieple. Wznowiła marsz.

W oddali już się rysowała sylwetka strażnicy. Coś jednak zaniepokoiło ją w samym wyglądzie. Przystanęła ponownie. Przyjrzała się. Zwykle stało tam ze dwóch wartowników z pochodniami oraz paru na blankach lub przy wieżach. Jednak nikogo nie mogła dojrzeć. Dopiero teraz usłyszała. Ciszę dzwoniąca w jej w uszach. Ze strażnicy nie dobiegał nawet jeden szmer, co jest niemożliwe. Żołnierzy nie było w środku.

Powoli oblizała górną wargę, jej język już był suchy. Jeszcze jej myśli nie galopowały, jednak mogły w każdej chwili zacząć. Zaczerpnęła powietrza. Dwa głębokie wdechy. Nie mogła wpadać w panikę przynajmniej nie teraz, nie wiedząc jaka jest sytuacja. Panika mogła by tylko pogorszyć sprawę. Następne trzy głębokie i wypuścić powietrze. Szkolenie, trening. Dam radę pomyślała. Choć w tym momencie nie była tego wcale tak tego pewna. Muszę znać przyczynę, sprawdzić co tam się dzieje lub stało. Krótkie myśli trochę zaczynały rozjaśniać jej umysł. A tak ślady! Jeden piechur. Komando było by widoczne przy śladach. Czyli jeden człowiek tam jest na pewno. Zakradnę się i zajrzę chociaż przez wejście.

Szepty i cienie, lekka jak piórko we wrogu nie dojrzę...

Siebie.

Była już przy wejściu i zaczęła obserwować.

Ciała. Pokrwawione. Świeże. Wśród nich jakaś sylwetka. Przycupnięta przy jednym z ciał. Mężczyzna? Miał założona opończę z nałożonym kapturem i przeszukiwał je, pozostałości chyba oficera, nie była pewna przez jedyne źródło świata jakim był księżyc. Był odwrócony. Dokładne ruchy rąk ani jeden nie był zbyteczny, lekkość z jaką zmieniał nieznacznie balans między przykurczonymi nogami, aby żadna z nich się nie zmęczyła lub zdrętwiała przy zimnie. Zręczny.

Pierwsze myśli.

Havekar? Na pewno nie, oni przy takich okazjach wpadają w kilka osób i to z wozem.

Wiewiórka? Przy tak dużym wybiciu na pewno wzięli już wszystko co wartościowe. Poza tym poruszają się zawsze zwarcie, nie zostawiają nikogo z tyłu szczególnie jakiś pojedynczych. Odsiecz mogła by pojmać takiego marudera i przesłuchać. A oni są ostrożni, jeśli chodzi o lokalizację obozów. Więc to też nie.

Czyli jakiś podróżnik, jednak doświadczony. W takiej sytuacji, nie warto interweniować w pojedynkę. Hieny cmentarne od początku konfliktu, wzbogacały się na nieszczęściu Henselta. Już miała się wycofać, gdy...

Nieznajomy jednym błyskawicznym szarpnięciem lewej ręki wyciągnął sztylet, zakręcił nim parę razy używając jedynie palców, zatrzymał a następnie podniósł go zginając ramię. Zastygł.

Półelfka widząc to w świetle księżyca, miała wrażenie, że jego ruchy były tak szybkie, że jej oczy w ogóle nie mogły za nimi nadążyć.

Czuła, że krople potu zaczęły pojawiać się na jej czole. Z każdą sekundą coraz większe.

Nie. Nie może się rozpraszać, musi teraz całkowicie skupić swoje ciało na obronie. A że najlepszą obroną jest atak to zaczęła myśleć najpierw o ofensywie. Skrócić od razu czy nie skrócić? Ile to? Sto metrów? Osiemdziesiąt? Będzie dobrze? Kalkulowała na chłodno. A raczej myślała ze tak robi. Część tego co ją uczyli nijak miało się do pracy w terenie.

Dobyła powoli sztyletów.

Nieznajomy nadal trzymał uniesiony swój. Nieruchomy jak posąg. Ona wiedziała, że jest napięty jak struna. Półelfka chciała się najpierw zorientować się jak położona jest jego prawa ręka. Położył ją otwartą dłonią na środku klatki piersiowej trupa. Ręka na martwym ciele. Na jego nie bijącym sercu. Teatr. Walka cieni. Gra umysłowa. Groźba. Próba zastraszenia. Nie, nie może teraz o tym myśleć. Technika i taktyka. Czyli jak ona skróci to on może się odwinąć z tej pozycji. Jest odwrócony, przy jego zręczności to żaden dla niej atut. Zamachnie się całym ciałem i może uderzać od razu na czysto. Raczej wybroniła by taki cios. To tylko jedna z opcji, którą miał. Bo może zrobić też tak że ją podetnie, nawet nie półwślizgiem, wystarczy jego nieuzbrojona prawica. Przewróci ją i cała ofensywa w plecy. Jeśli za trupem jest jakiś oręż to też łatwe zwycięstwo dla niego. Schowa sztylet do rękawa bierze cięższy sprzęt i bum. Wycofać się? Jeśli jest szybszy to na trakcie sztych w plecy i po grze, druga opcja to uciekać do lasu. A tam wiewiórki. Trupy świeże więc na pewno wystawili blisko czujki na drzewach. Z łukami lub bronią białą. Na wypadek, gdyby odsiecz chciała przeczesać kawałek lasu.

Źle.

Źle.

Źle.

Jedyna dobra opcja to czekać. Niby ją uczyli, że czekanie jest najgorsze. Naprawdę, naprawdę jednak nie miała teraz lepszej opcji.

W pewnym momencie zauważyła coś aż zamarła. Brzeszczot jego sztyletu był odwrócony dokładnie w jej stronę. Lśnił. Ponownie tej nocy dotknęła suchym językiem górną wargę. Ostrze odbijało światło księżyca prosto w jej oczy.

Czyli doskonale zna moją pozycję. Jedyny atut jaki mogłam mieć.

Półelfka po skontrowaniu się z tą myślą, też powoli zaczęła przybierać posagową postawę. Tylko z całkiem innego powodu niż nieznajomy. I nagle... jego głos.

-Nie mam pojęcia kto tak beznadziejnie nauczył cię skradania. Początkowo myślałem, że to jakaś ogrzyca idzie na palcach. A nie kobieta. - Nieznajomy nawet nie drgnął. - Co tu robisz? - Po zadaniu pytania parę razy nieznacznie przekrzywił ostrze. Brzeszczot zamigał półelfce w oczach.

Kto to u licha mógł być? Który z podróżników zapuścił by się do pustej strażnicy w nocy zaraz po ataku komanda? Hieny cmentarne też nie są aż tak odważne. W sumie na szkoleniu mówili jej, że w razie pojmania, gdy istnieje ryzyko utraty życia za zatajanie, może mówić prawdę, bo i tak przy zagrożeniu ujawnienia wrażliwych informacji, będą zmieniać miejsca ukrycia czy przerzucać informatorów. Obecnie jednak to nie miało takiego znaczenia. Nawet żadnego w sumie. Powie prawdę, może trochę ogólnie.

Poza tym... Wiedział, że jest kobietą. Miał bardzo dobry słuch. Różnica wagi między kobietą a mężczyzną czasami jest znaczna. Wprawione ucho pozna kto ‘wali blachami’, jak ona podczas nieudanej próby skradania. To ktoś bardzo wprawiony w przetrwaniu na froncie.

-No, słucham - Ponaglił ją.

Półelfka odpowiedziała w końcu drżącym głosem.

-Miałam sprawę. Ruch się zaczął przy granicy. Byłam w obozie zgrupowania wojsk przy Eldar. Porozglądałam się. Trochę tam ubyło wojska. Jedni wjeżdżają, drudzy wyjeżdżają. Chyba się czegoś spodziewali. I to spodziewane przyszło tu.

Nieznajomy milczał przez chwilę po czym niespodziewanie wypalił bardzo szybko, głośno i dobitnie. Rozkazem.

-Natychmiast podaj mi przezwiska trzech głównych elfich zwiadowców ze zgrupowania!

Zaskoczył ją. To na pewno żołnierz! Sprawdzał czy ona też należy do wojska. Jest dobrze. Odpowiedziała pewnie.

-Kocioł, Kapo i Kiper.

Nieznajomy schował sztylet i usiadł na trupie. Odsłonił kaptur. Młody jak ona. I też półelf. Zauważyła, że ma równo wygolone włosy jak rekrut. Szerokie bary. Przystojny nawet.

Sama też schowała swoje do rękawów. Uśmiechnięta od ucha do ucha siadła splatając nogi przed nim.

-Kurwa. Przepraszam. - Nieznajomy wyciągnął granatową fajkę, nabił, zapalił i się głęboko zaciągnął, zmarszczył się przez chwilę - Same ściny. Nie ma to jak mahakamska machorka. - Dodał - Jesteśmy jednak na wojnie z tymi pokurczami. Chociaż Henselt tą krwawą łaźnię nazywa obławą. Jest tytoń. Jakikolwiek. Nie ma co narzekać.

Półelfka rozejrzała się po pozostałościach strażnicy.

-Nie boisz się, że wrócą?

-Ta. Wrócą. Oni przy trzy razy mniejszych udanych wypadach piją minimum tydzień a następnie pierdolą od rzeczy w swoich obozach przez drugi. Cud, że leśnego uniwersytetu jeszcze nie założyli. Jednak widać, że to już, ostatki i to dla naszej strony. Od tego momentu trzeba będzie już bardzo uważać.

-Czyli jest na razie bezpiecznie?

-Pewnie. Nie pierwszy raz widzę taką sytuacje. - Powiedział po czym zmierzył ją wzrokiem. - Fajne malowania płyt. Należysz do wywiadu. - Wypowiedział to obojętnym tonem. Jakby to była największa oczywistość, po czym zaciągnął się prawie do płuc.

Półelfka dopiero teraz zorientowała się, że na elementach jego pancerza są podobne wzory. Jest w jej jednostce. Tylko w pierwszym oddziale. Zgodnie z przyjętą taktyką był zakaz kontaktów między spec grupami. Jedynym wyjątkiem byli dowódcy komórek.

-Tak grupa lokalna. - Potwierdziła - Ze składu osobowego tylko ja żyję.

Nieznajomy zmarszczył się na chwilę, nie wiadomo czy ze szczypiącego dymu, czy po usłyszeniu wiadomości.

-No po prostu zajebiście! A z grupy macierzystej tylko ja! Po prostu zamknąć się w latrynie a na drzwiach wywiesić białą flagę! - Żachnął się.

-Macierz też uwalona?

-A jak kurwa... Po dwóch komórkach wywiadowczych zostały dwie osoby... Zobacz mój dowódca. - Półelf rzucił krążek indentyfikacyjny na ziemię - Wygodnie się na nim siedzi.

Nieco zmroziła ją ta wiadomość. Odezwała się dopiero po chwili zastanowienia.

-Tylko my dwoje mamy jeszcze krążki. Twój jest też ukryty. Czyli...

-Dokładnie. Tak samo mam stopień szeregowego.

Na chwilę zapadła martwa cisza. Ciała wokół tylko ją potęgowały.

-Jeszcze go trzepałem, ponieważ myślałem, że coś znajdę. Chodziło mi o pewien dokument. Te ruchy przy zgrupowaniu, które zdążyłaś zauważyć. Ten cały burdel przy granicy. Siadają dostawy dla obławy. Większość transportów obecnie jest niszczona przez wiórki. Zgrupowanie może niedługo podzielić los tej strażnicy. A w takim wypadku to będzie już tylko próba obrony samych miast, Daevon rzucą pierwsze na pożarcie. Stolicę zamkną na cztery spusty. A mój dowódca miał taką niewielką mapkę. Jedna jedyna ścieżka odwrotu omijająca komanda. Dobra dla samotnego oddalenia. Dopisał też obecne oraz przewidywane w razie każdego scenariusza ruchy wojsk. Dezerterzy nigdzie nie są mile widziani.

-Znalazłeś?

-Oczywiście że nie! Przecież nie siedziałbym teraz na tym gamoniu. Wiewiórki musiały zabrać. Teraz każda ścieżka jest spalona.

-A jak Redańczycy? Od dawna żadnego nie widziałam.

-Tak samo duże starty jak my. Jednak nie całkowite. Powyciągali ich za uszy zaraz jak im komanda dopierdoliły. U nich historia jednostek specjalnych jest nieco dłuższa. Jakoś im się udało dokonać ekstrakcji. Dijkstra potrzebuje agentów u siebie dla swoich spraw. Bo by sam zapierdalał w koło Oxenfurutu. Grubas jeden. To on to wymyślił. Nikt nie chciał ratować tego podpalonego przez Henselta burdelu. Czyli wysłać regularne wojska. Więc Dijkstra szepnął Vizimirowi żeby na obławę wysłać tylko tajne służby. Vizimir się zgodził, pod jednym warunkiem. Że nie tylko Redania to zrobi. Więc na prędko sklecono to gówno z łapanki. - Półelf wskazał fajką krążek, który nadal leżał na ziemi. - Nie uwłaczając nam i naszej jednostce oczywiście. Kto jeszcze wtedy miał coś takiego wystawić? Brugge? Aedirn? Z całym szacunkiem dla mojej ojczyzny, nasz król Demawend zna się na walce otwartej. Nasza doktryna wojenna zakłada tylko klasyczny sposób prowadzenia działań wojskowych. A nie taki pierdolnik. - Półelf po tym wywodzie zagasił fajkę i wytrzepał resztki niedopalonego tytoniu.

Ojczyzny Aedirn? Przecież Aedirn najmniej obchodziło co tu się dzieje. To co on właściwie tu robi? Na dodatek w spec grupie. Półelfka spojrzała na niego z ukosa. Nie uszło to jego uwadze.

-No dobrze. Widzę, że czujesz się tutaj niepewnie. To pewnie przez te zwały trupów. – Powiedział sarkastycznie, wstając poklepał ramię martwego dowódcy. – Trzymaj się stary - Dodał.

Podał jej rękę, aby łatwiej się podniosła. Nie w taki żołnierski sposób. Graba i do góry. Tylko tak delikatnie jakby kończyli piknik na łące w ciepły, słoneczny dzień. Normalnie uznała by jego grację, ale przecież byli na pobojowisku. Tak ją to zastanowiło, że dopiero po chwili dotarło do niej, że nadal trzyma jego dłoń. Cofnęła rękę.

-Nawet nie zważając na twój nastrój musimy już ruszać. Lepiej nie kusić dłużej losu. Pójdziemy na podgrodzie. Jest tam całkiem przytulna karczma. Pierwsze co to spać. Rano przy stole pomyślmy co robić dalej. To znaczy, gdzie się meldować i u kogo. Jak strażnica padła to mimo wszystko nie możemy ryzykować teraz bezpośredniego powrotu do zgrupowania. Na dodatek w nocy. Marsz zwykłe tempo i bez zbędnego gadania.

Ruszyli. Milczeli. Lecz w głowie półelfki kotłowało się wiele przemyśleń i pytań. Czuła, że wojna niszczy. Każdego. Jednak w jej przypadku wiedziała, że nie dzieje się to teraz. Tylko co potem? Bardzo się tego bała. Kim będzie po tej wojnie? Wrakiem? Zacznie pić albo wcierać fisstech po to tylko aby nie pamiętać tego co zobaczyła? Być zniewolona przez własne wspomnienia? Albo jeszcze gorzej, gdyby obrazy wojny ją prześladowały we snach albo na jawie. Przecież półelfy tyle lat żyją. Jak to wszystko wytrzyma. Otworzy sobie żyły albo wskoczy do Pontaru? Gdzie indziej znajdzie ukojenie? W czym? Co jakiś czas spoglądała na towarzysza. Towarzysz broni… dziwne słowo. Takie obce. Mimo to jednak znalazła się w obszarze konfliktu zbrojnego. Z własnej woli. On ani razu nie spojrzał w jej stronę, jego oczy ciągle wypatrywały. Były bystre, zauważała, że wypatruje każdego cienia i każdego szmeru. Mimo to nie zatrzymali się do tej pory ani na moment. Nie było tak że coś sobie lekceważył z otoczenia. On po prostu wiedział. Oczy. Widziała wiele oczu na tej wojnie. Pełne nienawiści, smutku, woli walki, determinacji, chęci przetrwania. Wiele też zastygłych. Do takich już przywykła. Pamiętała jak zaraz na początku jej grupa sprawdzała jakiś pomniejszy trop. Dwu może trzy osobowy patrol wiórek, który zapędzał się zbyt blisko ich niewielkiego obozowiska. Znaleźli. Poborowego. Oczy szeroko otwarte w niemym świadectwie ostatniego przerażenia. Czarne aureole wokół dochodzące prawie do łuków brwiowych. Usta otwarte szeroko w niemym krzyku. Maska pośmiertna. Takie rzeczy robią piorunujące wrażenie na początku. Dla niej jednak nie takie oczy były najbardziej przejmujące. Tylko oczy, które widziała wśród niektórych żołnierzy. Obecnie przy załamaniu obławy coraz częściej. Nie ważne czy był to szeregowy, wiarus czy poborowy z mlekiem pod nosem. Oczy puste. Nieobecne. Niby widzące. Ogarnięte czymś innym, zmącone przez wojnę. Może u tych żołnierzy wojna już wyrządziła te szkody których tak bardzo się obawiała. Czy ona będzie miała takie same po tej wojnie? Załkała, miała już dość nie obchodziło ją to, że płacze. Łzy po prostu leciały jej wąskimi strużkami, ciurkiem i skapywały z brody. I nagle… poczuła dotyk na dłoni. On po prostu splótł swoje palce z jej własnymi. Czule. Ona tylko wzmocniła ucisk. Wysokie wieże Ard Carraigh już lśniły w świetle księżyca. Wiedziała co jego dotyk oznacza. Rozumiem i kocham. Otarła twarz wolną ręką. Już nie płakała. W jej serce powoli się coś wlewało. Coś czego doświadczała po raz pierwszy. To coś czasami niespodziewanie rozkwita nawet w najgorszych, nieludzkich czasach i miejscach. A może zwłaszcza wtedy, niosąc nadzieję i ukojenie. Znowu poczuła łzy, tym razem doświadczając potęgi tego uczucia, na tym zapomnianym przez bogów kawałku ziemi. Znali się parę godzin. Na wojnie, jednakże nie ma żadnych zasad ani reguł. Potrzebowała go blisko. Jak najszybciej. Jest nareszcie. Bruk podgrodzia. Cały czas trzymał ją za rękę. Jakby wyczuwając jej obecny nastrój przyśpieszył. Skręcił w uliczkę. Na końcu ulicy karczma jaśniała światłem z okiennic. Już niedaleko. Przekroczyli próg. Znała to miejsce pobieżnie. Nocami nie było karczmarza, baru pilnował wtedy kuchcik niziołek. Spojrzał jedynie spode łba na nich jak na parę pospolitych pijanych żołdaków. Żołnierz na czynnej służbie za nic nie płaci, więc od razu weszli na górę. Istotnie. Byli bardzo upojeni. Nikogo nie było, ale nawet jeśli to nie miało by to znaczenia. W tym momencie wystarczyła by im nawet podłoga. Płaszcze i buty poleciały pierwsze, następnie zaczęli zrzucać blachy, półelfka w duchu dziękowała Melitele że oboje są lekkozbrojni. Musiała mieć go szybko. Poczuć w sobie. Bez pocałunków. Bez zbędnych ceregieli. Bez słów. On rozumiał. Jakby czytał w jej myślach. Usiadł na brzegu siennika z opuszczonymi kalesonami w koszulce. Był bardzo gotowy. Ona tylko podwinęła jedynie swoją długą damską koszulę i usiadła na nim. Zaczęła go ujeżdżać, szybko coraz szybciej. W pewnym momencie zrzucił jej koszulę i ukrył twarz w jej piersiach. Objęła czule jego głowę. On rękoma błądził po jej plecach. Były bardzo śliskie. Półelfka dopiero teraz poczuła zapach ich ciał po trudach wojennego dnia. Był oszałamiający. Jak najsilniejszy, miłosny eliksir. To ją bardzo nakręciło. Zaczęła jęczeć. Jego oddech stawał się już bardzo płytki, a zaraz potem urywany. I nagle poczuła. Wytrysk. Długi, mocny i obfity. Już przy pierwszej strudze, poczuła szczyt. Aż krzyknęła ze wszechogarniającej ją rozkoszy wijąc się w jego objęciach. Przy każdym następnym wyrzucie z jego lędźwi coraz bardziej drżała. Pod koniec już z niespotykaną u siebie siłą. Każdym mięśniem. Całą sobą. Kochanek z trudem ją utrzymywał. Aż poczuła ostatnie już najsłabsze skapnięcie.

Było już po wszystkim.

-Kocham cię – Powiedział nie odrywając się od piersi półelfki. Pewnie słuchał bicia jej serca.

-Ja ciebie też - Jeszcze bardziej się w niego wtuliła.

Po chwili położyli się obok siebie. Twarzą w twarz. Półelf zdjął z siebie bieliznę.

Ułożył się wygodne i kreślił palcem okrągłe ścieżki w pocie wokół jej sutka.

-A ja nawet nie wiem, jak się nazywasz! - Półelfka powiedziała to ze śmiechem.

-Ech. Te kobiety. Zawsze szczegółowe do bólu - Odpowiedział uśmiechając się lekko. - Jak cię nazywali w grupie?

-Zwali mnie Szarą. A ciebie?

-Cień.

Odwróciła się na plecy. W pomieszczeniu było tylko kilka świeć na użytek gości. Dogasających. Zaraz będą pierwsze trele, a potem świt.

-Szara i Cień. To trochę lepiej brzmi niż nasi elfi koledzy. Kocioł i Kiper. – Tym razem aż się roześmiała.

-Co racja to racja. Pamiętam jak bardziej doświadczeni żołnierze ci którzy walczyli od początku konfliktu opowiedzieli o genezie jego ksywki. Był jednym z pierwszych elfów, którzy przystanęli do wojska. Przyszedł do głównego zgrupowania. Jak go umyli, ubrali i wyposażyli to ten widząc ogniska, żołnierzy gotujących strawy w porze obiadowej, zaczął się kręcić, szukać po całym obozie. Mamrotał przy tym pod nosem ‘Gdzie jest jakiś kocioł’.

Szara roześmiała się głośno.

-O Melitele. Nie słyszałam o tym. Nie mogę. - Znów parsknęła śmiechem - Nie mógł iść prosto do kwatermistrza? Oszczędził by sobie głupiej ksywki.

-Chyba nie miał bladego pojęcia jak wygląda i działa obóz wojskowy ludzi. Miał niezłego pecha. Kiper i Kapo to też dobra historia. Kiper, ponieważ jeśli chodziło o alkohol to żołnierze zauważyli ze pije tylko wino jak typowy elf. Nawet jego koledzy byli w stanie skusić się na wódkę lub piwo. Wiesz sama jak to było czasami. Rzucili ze osiem beczułek samego piwa i róbcie co chcecie przez następny tydzień. Wyboru nie było w takich sytuacjach A on wtedy samą wodę źródlaną przy swoich kamratach popijał do kolacji. Kapo też ciekawie. To przecież taki mruk i cichociemny nawet jak na standardy naszych elfich zwiadowców. Stare już prawie posiwiałe wiarusy które mają większą wiedzę o świecie taką mu ksywkę dali. Ja zapytałem jednego z tych weteranów skąd go tak nazywają, bo to słowo brzmiało dla mnie obco. Brzmiało jak z reiku który znam w mowie i piśmie. Jednak to język całkiem innego kraju czy tam królestwa za wody. Trudo powiedzieć jaka tam jest dokładnie państwowość. Strasznie mają pokręcone protektoraty i lenna. Tilea się nazywa. Daleko od Imperium, bo podobno tam jest już ciepły klimat. Kraj ma taką grupę ochroniarzy. Taka ichnia straż kupiecka. Chronią jakieś cenne towary na eksport. Pewnie za wodą jest więcej rabusiów oraz takich którzy łakomią się na te transporty. Bo tych ochroniarzy jest dużo. Siedzą w każdym mieście tego kraju, aby pilnować płynności eksportu z całego obszaru krainy. Banda ważniaków w skrócie. W tej straży stopień kaprala nazywają kapo. Nasz Kapo jest do nich podobny, bo zawsze roztacza wokół siebie aurę właśnie takiego ważniaka. Czasami słysząc jakieś wieści za wody mam wrażenie, że wszystko jest tam na opak - Powiedział. Następnie ziewnął przeciągle - Jednak powinniśmy myśleć teraz tylko o śnie. Pozwól mi wstać i pozbierać nasze rzeczy. Rzucę je obok siennika. No przesuń się jeszcze trochę. Widzę, że jesteś koścista, ale nie aż tak.

Usłuchała go. Gdy zbierał ich rzeczy odwróciła się. Obserwowała leniwie tego mężczyznę. Szarą zastanawiało skąd ktoś tak podobny do niej bierze udział w tej wojnie. Niby mieli tych elfich zwiadowców, o których rozmawiali. Gdy pierwsi z nich odwiedzili zgrupowanie byli odrapani i w łachmanach. W niczym prawie nie przypominali swojej dumnej rasy, poza uszami. Dowództwo początkowo myślało, że to jakaś sztuczka Scoia'tael albo zwykli szpiedzy. Jednak mimo wszystko dopuścili ich do służby. Na początku bardzo im patrzono na ręce. Jednak okazali się przydatni. Szczególnie w zwiadzie. Trzon dowództwa większości komand to elfy. Przewidywać ruchy wroga, zrozumieć jego taktykę to normalne działania na wojnie. Elfi zwiad to ułatwiał. Słuchy o ich skuteczności doszły aż do uszu Henselta. Ten nawet poprowadził małą kampanię propagandową wśród niewielu osiadłych elfów w kaedweńskich miastach. Jego linią było to, że działania Scoia'tael tylko pogarszają ich sytuacje, że to właśnie wiewiórki są największym wrogiem asymilacji. Język propagandy nie ma wiele wspólnego z prawdą. Jednak w świetle wojny jest najbardziej słyszalny. I tak, dołączali. Zauważyła, że elfy mają jakiś dziwny wrodzony talent do walki. Po prostu dawało im się łuk albo miecz a resztę praktycznie sami robili. Jakby się z tym mieczem urodzili. Nawet elfy które miały zasymilowanych rodziców, znały tylko miasto miały tą iskrę. Mimo to w stosunku do całego wojska była ich garstka. W obozach trzymali się tylko razem. Nawet gotowali osobno. Gdy w zgrupowaniu w ciągu dnia obowiązywała pora czasu wolnego, nie rozmawiali z resztą żołnierzy. Ich motywacje były niejasne. Można było tylko zgadywać. Żołnierze krzywo na nich patrzyli. Tak jakoś z dużą dozą nieufności. Kiedy ona przechodziła obok tych elfów, oni tak samo patrzyli na nią. Tak czuła się jedna, jedyna aż do tego momentu.

Cień rzucił zebrany ekwipunek. I znowu się położył. Szara połaskotała go lekko.

-Koścista, czyli chuda? - Zaczepiła go.

-Nie tak. Wiele dziewczyn obraża się za nazwanie ją chudymi. Dla mnie chuda to tylko troszeczkę bardziej szczupła. A która dziewczyna oburza się za nazwanie ją szczupłą?

Ponownie tej nocy się roześmiała. To było takie oczyszczające. Takie potrzebne. Takie inne od tego wszystkiego. Prawie jak jej łzy na trakcie. Pierwsze które czyściły wnętrze serca z brudów jakie narosły w niej podczas tej wojny a te drugie... przygotowały jej serce na przyjęcie czegoś nowego.

-Wiesz co. Powoli zapadajmy w sen. Mój dowódca do najlotniejszych nie należał. Jednak znał się na wojaczce. Doświadczony był już pod Sodden. Powiedział mi jedną ważną rzecz. Po pierwsze sen. Na wojnie nie wiadomo, kiedy i jak się wyśpisz. Więc każdą okazje do snu trzeba wykorzystać. Ostrość umysłu jest bardzo ważna. Szczególnie w spec grupach. Po drugie jak masz okazję i nie możesz zasnąć, bo coś się stało lub coś widziałaś. To trzeba wziąć setkę albo dwieście zależy od głowy. Czystej lub gorzały. Wypić duszkiem. Jak pierwszy raz zakręci to od razu się walnąć do wozu. Pomaga.

Wtuliła się w niego. I powiedziała ziewając.

-Chyba nie będziemy potrzebować teraz alkoholu do dobrego snu.

-No pewnie, że nie. Właściciel tej karczmy powoli schodzi na zawał, bo większość naszych kolegów czynną służbę i przywilej odstępstwa traktuje obecnie tylko jako okazję do darmowego chlania po kątach. Codziennie! Nie chciałbym w żaden sposób się przyczyniać do szybszej śmierci tego przemiłego człowieka.

Oczy się jej już kleiły. Uśmiechnęła się jedynie blado. Pamiętała swoje sny z początków wojny. To co widziała na jawie, we snach było powykręcane, surrealistyczne i takie po prostu inne. Teraz czuła, że będzie spała tak głęboko, że nawet nic jej się nie przyśni. Czuła się w tym momencie jak u siebie na wsi, kiedy jej ojciec starszy już człowiek, posiwiały i tak już po prostu zmęczony życiem przez ciągłą pracę na roli, chrapał głęboko po drugiej stronie izby. Normalnie czyjeś chrapanie przeszkadza w zaśnięciu. Dla niej jednak była to kołyska. Teraz czuła podobną błogość. Z tą różnicą, że była na wojnie w obcym państwie.

Sen przyszedł bardzo szybko.

Kiedy po nocy chciała pierwszy raz otworzyć oczy. Słyszała jak przez mgłę jakieś zduszone krzyki, nawoływania, ktoś biegł po bruku. Jednak coś jej się przyśniło. Na szczęście była to sama końcówka. I nagle poczuła. Nie było go przy niej. To nie sen. Zerwała się na równe nogi.

Stał w okiennicy i wyglądał. Miał już częściowo założone blachy.

Wiedziała co może to oznaczać. Zaczęła się jak najszybciej ubierać.

-Szybciej Szara. Coś się kotłuje. I to na ostro. A na dodatek nigdzie nie widzę chociażby pojedynczych naszych żołnierzy. - Cień nadal spoglądał przez okno.

Zaraz jak to powiedział, odszedł od okna i powrócił do zakładania pozostałych elementów ekwipunku.

Kiedy byli już gotowi, rzucił krótko.

-Broń w łapy.

Zbiegli na dół. Przy barze nikogo nie było. Drzwi były zamknięte.

Ktoś je wyważył potężnym kopnięciem nie bawiąc się w użycie rygla zewnętrznego.

Dwóch piechurów Scoia'tael wpadło do środka.

Zdębieli na chwilę. Pewnie nie spodziewali się tutaj żołnierzy. Więc inicjatywa była po stronie Szarej i Cienia. Dopadli do nich. Dwa czyste sztychy. Szara uderzyła za mostek prosto w serce tego co stał bliżej. Cień wbił sztylet w szyję drugiego. Dobił go krótkim uderzeniem wolną ręką w ten sam sposób co Szara. Nawet nie zdążyli podnieść partyzan. Szara chciała już biec dalej. Cień ją zatrzymał.

-Czekaj! Muszę sprawdzić czyje konkretnie to komando. - Cień szybko rzucił okiem na oznaczenie przy półciemnej tunice pokonanego bojownika - Kurwa. To te z dalszych. Czyli atakuje większość o ile nie wszyscy. Widocznie po strażnicy poczuli krew i naszą słabość.

Szara zaczęła panikować. Przecież mówił, że po udanych wypadach komando zaszywa się na jakiś czas. Podgrodzie zawsze było bezpieczne. Czyli zgrupowanie jest w kotle albo rozsypce.

Złapał ją za przedramię. Spojrzał jej głęboko w oczy. Jego wzrok nadal był bystry.

-Musisz się natychmiast uspokoić. Wyrwiemy się z tego. Spróbujemy się przebić przez zabudowania, do okolicy traktu i dalej polami prosto do granicy. Najpierw musimy się jednak rozglądnąć trochę. Zorientować co konkretnie się dzieje i w jakiej skali. To nam ułatwi odwrót.

Szara przypomniała sobie o technikach oddychania. Dwa głębokie oddechy prosto z przepony przerwa i kolejne trzy takie same. Przełknęła nagromadzoną ślinę a jej resztkami splunęła. Kiwnęła głową.

Wyszli ostrożnie.

Podgrodzie stało w ogniu. Większość zabudowań się paliła. Uliczka przy karczmie była trochę z boku. Idąc prosto dochodziło się dopiero do większych zabudowań. Z dalszej zabudowy dochodziły odgłosy. Rzezi. Szara z tego jednego wielkiego jazgotu, była w stanie wyróżnić te najgorsze odgłosy.

Krzyk następnie błagalne głośnie zawodzenie i nagła nienaturalna przerwa.

Pierwszy pogrom ludzi w historii.

Nagle... poczuła uderzenie gdzieś w bok. Jakoś tak między płyty. Bardzo niefortunnie. Początkowo myślała, że to strzała. Spojrzała. Krótki oszczep.

Osunęła się. Teraz martwiła się tylko o niego.

Leżąc na ziemi, mimo oszałamiającego bólu podniosła się lekko, aby spojrzeć w jego stronę.

Dopadła go jakaś wojowniczka. Elfka? Nie. Półelfka. Miała dobyte dwa krótkie miecze. Najgorsza opcja dla tego kto walczy dwoma sztyletami.

Poruszała się z niesamowitą zwinnością, wręcz wirowała wokół Cienia.

On robił co mógł. Chwilę jeszcze skutecznie się bronił, jednak jeden z jej ciosów na odlew przełamał obronę i poszedł głęboko. Struga krwi przecięła powietrze a następnie zrosiła twarz wojowniczki. Na jej twarzy wypełzł ten charakterystyczny dla wojowników Scoia'tael paskudny, pełen nienawiści uśmiech. Ostatnie uderzenie wykonała na szeroko wzdłuż klatki piersiowej.

Koniec walki. Oba ciosy wyglądały na śmiertelne.

Upadł tuż przy niej. Cieszyła się. Wierzyła w życie poza grobowe. Wierzyła, że jej elfia matka czeka na nią przy jakimś drzewie owocowym we wspaniałym ogrodzie. Pójdą tam złączeni za ręce i poproszą ją o błogosławieństwo.

Ogród Melitele.

Znowu leżeli twarzą w twarz, tak jak w karczmie. Patrzyła mu w oczy. Zawsze bystre, powoli zachodziły mgłą. Tracił przytomność. Została jeszcze chwila. Chciała dotknąć go ostatni raz na tym świecie.

Wyciągnęła rękę. On z wielkim trudem także. Dotknęli się tylko samymi końcówkami palców z powodu odległości i ran. To wystarczyło. Uśmiechnęła się w jego stronę, chociaż on już chyba nie widział.

Idą razem.

But wojowniczki zasłonił twarz Cienia. Stanęła nim na ich złączonych palcach. Szara z wysiłkiem przewróciła się na plecy. Chciała, żeby ona widziała jej twarz. Żeby obraz jej śmierci prześladował ją we snach i na jawie, kiedy to wszystko się skończy. Czuła jednak, że to płonne nadzieję. Scoia'tael to pozbawione wrażliwości zwierzęta, zdatne tylko do walki i zabijania. Wojna to ich żywioł, nie przejmują się, nie myślą. Są jak stado chorych na wścieklicę wilków. Zanikł u nich humanitarny osąd. Szara zawsze to czuła w głębi serca. Wobec własnej śmierci te prawdy tylko bardziej się uwidoczniły.

Wojowniczka spoglądała na nią. Szara zauważyła, że teraz na jej twarzy obojętność walczyła z zainteresowaniem. Pewnie dopiero w tym momencie zorientowała się, że obie są tej samej rasy.

Szara wypowiedziała ostatnie słowa.

-Powiedz mi tylko, jakie to uczucie zabijać podobnych sobie?

Wojowniczka uklękła przy niej. Rzuciła jednym mieczem obok. Głośny brzęk metalu uderzającego o bruk zawirował Szarej w uszach. Przeciwniczka wyszarpnęła oszczep z jej boku. Szara stęknęła przy tym głośno. Była już na granicy utraty przytomności przez ból. Bojowniczka starannie schowała go do wąskiego kołczanu umiejscowionego na plecach. Następnie z lekkością zakręciła wciąż dobytym drugim mieczem i wbiła go Szarej prosto w gardło.

-A ktoś pozwolił ci się odezwać zdrajczyni rasy? - Wojowniczka wypowiedziała te słowa lodowatym tonem i z wyraźną kpiną.

Ciemność.

Głos. Zaczął nade mną wirować w tej ciemności. Był donośny, zadziorny i przywykły do wydawania rozkazów. Głos kobiety.

-Nie utrzymam go magią tyle czasu! Pośpiesz te cholerne konie! On potrzebuje interwencji chirurgicznej!

I nagle... usłyszałem ten sam głos. Tylko nie na zewnątrz. W środku. Tym razem miły i bardzo opiekuńczy.

‘Powracasz już powoli do siebie. To dobrze. Obecnie możesz mieć problemy z uzyskaniem pełnej świadomości. Jednakże to najmniejszy problem. Myślałam, że umrzesz w drodze, bo mocno oberwałeś. Jesteś na wozie. Zaraz przekroczymy granicę. Przy Gelibolu rozstawiony został szpital polowy na użytek uchodźców i pozostałych przy życiu żołnierzy. Chyba cały wydział medycyny z Oxenfurtu już tam siedzi. Przeżyjesz. Będziesz miał dobrą opiekę. Tylko staraj się teraz łapać jakieś bodźce z otoczenia lub rozmawiaj ze mną. Jeśli nie jesteś w stanie nawet poruszać wargami to myśl. Usłyszę.’

‘Co z nią?’

‘To pytanie wirowało w twoim sercu nawet kiedy byłeś głęboko nieprzytomny. Przykro mi. Ona nie żyje.’

‘Przepraszam cię. Osobiście. Ten konflikt to także moja wina. Henselt co prawda nie chciał nikogo i niczego słuchać. Jednak mogłam zrobić coś więcej a nie chować się za pozycją doradczyni.’

‘Błagam cię nie obwiniał siebie za jej śmierć. Że nie zdołałeś jej obronić. Jej śmierć to nasza wina. Rządzących. Obwiniaj mnie. Wybacz mi, kiedy tylko będziesz chciał lub nie. Jednak teraz kiedy dotykam twojego serca rozmawiając z tobą. Myślisz, że przy dnie duszy składasz się tylko z obojętności, pogardy i nienawiści. Tak to prawda. Tylko tuż za tym. Głębiej. Jest drugie morze. Morze współczucia i wybaczenia dla każdej myślącej istoty. Wybaczanie przychodzi ci z łatwością. Jednak prawie nigdy nie przebaczasz sobie. Rozważ to po tym jak już wyzdrowiejesz.’

‘Co tam się stało? Dlaczego podgrodzie stolicy zostało tak bardzo odsłonięte?’ - W tym momencie nawet myślenie było bardzo ciężkie i przychodziło mi z trudem.

Kobieta nie odpowiedziała. Za to usłyszałem pierwszy raz woźnicę.

-Pani! Niech pani spojrzy. Za minutę dojedziemy do samego ogona zatoru. - Woźnica gwizdnął przeciągle - O Paani. Z bliższej perspektywy jeszcze gorzej to wygląda. Widzę mnóstwo ludzi z tobołami i wozów. Już w tym momencie robi się gęsto. Trudno będzie się przedostać na szybko.

Dopiero teraz poczułem, jak ten wóz trzęsie się na wertepach. Leżałem na plecach. Poczułem także dotyk tej kobiety, jedną rękę trzymała mi na czole a drugą na klatce piersiowej.

-Rozejść się! Wieziemy ciężko rannego! - Krzyk kobiety wypełnił czarną przestrzeń. Nie byłem w stanie podnieść nawet jednej powieki.

Wóz się na chwilę zatrzymał.

-Puśćcie się tam na dwa konie i zróbcie miejsce. Bo naprawdę on mi zejdzie. Jestem czarodziejką, a nie cudotwórczynią! - Kobieta wydała rozkaz do kogoś tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Usłyszałem krótkie - Jazda! - Gdzieś z boku. Potem tylko tętent oddalający się koni.

Wóz ze skrzypnięciem ruszył dalej.

Kobieta ponownie odezwała się w moim wnętrzu. Tak samo spokojnie jak wcześniej. Odpowiedziała na moją wcześniejszą myśl.

‘Zaatakowali główne zgrupowanie. Wszystkimi możliwymi siłami. Dalsze obozy wojskowe były za daleko, aby wspomóc walką. Zostaliśmy rozbici w puch w mniej niż cztery godziny. Później większa część wojsk Scoia'tael pomaszerowała właśnie w kierunku tych pomniejszych obozów. A pozostali zaczęli palić podgrodzie Ard Carraigh. Reszta obozów też długo się nie utrzymała. Koordynowałam ruchy odwrotowe. Przy ostatnim przerzucie, gdy cofaliśmy się całkowicie właśnie przez teren podgrodzia rzuciłam jednie okiem na jedną z bocznych ulic. Pierwsze co zobaczyłam to twoją ukochaną w wielkiej kałuży krwi. Ty trzymałeś głowę na jej nieżywej piersi i oddychałeś. Nie byłeś świadomy. Twój oddech wcale nie brzmiał tak jak ciężko rannego, ledwie i po trochę. Tylko głęboko jak wojownik w środku pojedynku, który tylko na chwilę przystał, aby złapać parę oddechów i ruszyć znów do ataku. Musiałeś się też do niej trochę doczołgać, bo patrząc po twoich śladach krwi padłeś dalej. Wasza krew była już częściowo zakrzepnięta, musiało minąć sporo czasu od kiedy was znalazłam. Następnie spojrzałam szybko na twoje rany. Nie mam kierunkowego wykształcenia medycznego, jednak na pierwszy rzut oka przy takich dwóch uderzeniach jakie bezpośrednio przyjąłeś to mogłeś przeżyć, ale nie tyle czasu. Jesteś ostatnim żołnierzem, którego wyciągnęłam przy odwrotach. Uwierz mi. Wiele widziałam walk, bitew i wojen. Widziałam mnóstwo rannych przez te wszystkie konflikty jakie przeżyłam w swoim życiu. Jednakże kogoś takiego z tak nadludzką wolą przeżycia i chęci obrony najbliższej osoby, to nigdy. Naprawdę nie masz pojęcia jaka siła w tobie drzemie. Czuje, że nie przejmujesz się innymi ludźmi ani nawet rodziną, nawet najbliższą. Nawet teraz krzywisz się w duchu, gdy staje ci przed oczami obraz twojej matki. Jednak dla osoby ukochanej, dla tej jedynej na świecie. Zrobisz wszystko. W twoim przypadku to nie są czcze słowa z pieśni bardów. Ty taki jesteś. Ja to widziałam na własne oczy.

‘Co pamiętasz z tego całego zajścia?’

‘Był wczesny ranek. Spaliśmy bardzo głęboko. Nie słyszeliśmy początku ataku. Obudził mnie swąd spalenizny. Początkowo myślałem, że coś w sali sypialnej się zaprószyło. Jednak to był silny zapach dymu z pożarów innych budynków. Wstałem. zajrzałem przez okno. Widok obejmował większość ulic i zabudowań. Sytuacja była już bardzo rozwinięta. Widziałem pożary, ciała na ulicach, krew płynęła po bruku jak woda w deszczowy dzień. Oddziały Scoia'tael metodycznie przeszukiwały każdy dom. Dom po domie... Oraz każdy inny budynek, gdzie tylko mogli schronić się ludzie, którzy nie zginęli od razu... Ja nie mogę o tym myśleć teraz ani tego bardziej opisać. Ta wojna od początku nie była kolorowa ani czysta. Tam... tam to był po prostu jakiś nowy rodzaj masowej zbrodni wojennej. Coś co nigdy nie wydarzyło się w historii. Jakaś mroczna siła czystej śmierci kierowała tymi nieludźmi. Nie chciałem, żeby ona widziała chociaż skrawek tego. Miałem ją budzić, jednak jak się odwróciłem to już się ubierała. Zaraz jak zbiegliśmy na dół dwie wiewiórki wpadły do środka. Pewnie szukali ukrywających się ludzi. Poradziliśmy sobie z nimi na szybko. Zaraz za progiem karczmy... Szara dostała oszczepem. Gdy upadała to jeszcze żyła. Zanim się zorientowałem co i jak, dopadła mnie jakaś wojowniczka. Myślałem, że jestem zręczny w walce. Ona... Początkowo myślałem, że to jakiś upiór powstały na skutek śmierci tylu niewinnych ludzi. Nie miałem, jak obronić Szarej. Dwa celne ciosy przesądziły o walce. Padłem. Ostatnie co pamiętam to, że sięgam ręką ku Szarej i ciemność. Już wtedy oddychałem w jedną stronę jak cherlak oraz na pewno nie byłem w tej pozycji co mnie znalazłaś’

‘To tylko potwierdza moje słowa. Nie jesteś świadomy swojej siły.’

‘Przekraczamy granicę. Już. Uśpię cię na czas operacji. Redańscy medycy znają się na swoim fachu i anatomii, jednak są dość kiepscy, jeśli chodzi o anestezjologie. Dzięki głębszemu uśpieniu lepiej zniesiesz zabieg i szybciej wydobrzejesz po. Zrelaksuj się i oddychaj powoli.’

Ostatnia rzecz jaką doświadczyłem tego dnia to głosy. Nie mogłem ich wyróżnić ani rozróżnić. Tak jakbym był sam w morzu nieszczęsnych naznaczonych wojną ludzkich losów. Głosy które słyszałem były bardzo poplątane i rożne, jednak miały jeden wspólny mianownik. W każdym z nich pobrzmiewał jeden wielki żal. Wyrzut w stronę świata. Wszystkie razem złączone układały się w jedno najważniejsze pytanie. Dlaczego? Słyszałem je coraz bliżej siebie. Były już niezwykle uporczywe. Zdesperowane, smutne, proszące, załkane. Wręcz tłoczyły się nade mną. Bałem się ich. Że mnie rozerwą na strzępy. Od samego środka. Z tego powodu, że ja nikogo z nich nie uratowałem. Nikomu z nich nie pomogłem. Że nosiłem ryngraf na piersi i nic z tego nie wynikało. Kiedy myślałem o tym, tajemnicza kobieta wzmocniła uścisk na mojej klatce piersiowej. Nagle w tej ciemności pierwszy raz coś zobaczyłem. Dwa symbole. Jaskółki zrywającej się do lotu oraz pojedynczej łzy. Wreszcie zrozumiałem. Ja zrobiłem wszystko co było w mojej mocy. Ta łza opadła na moje czoło. Poczułem jej delikatną wilgoć tak jakbym dotykał kropelki rosy tuż przed pięknym czystym świtem.

‘Tylko bardzo nieliczni z was poczują smak wody z krynicy, która bije z serca człowieka, gotowego do całkowitego poświęcenia’ ]

ODPOWIEDZ