Odcienie Czerwieni

Forum Logi i Opowieści.
Awatar użytkownika
Diriana
Posty: 24
Rejestracja: 13 lut 2009 13:59

Odcienie Czerwieni

Post autor: Diriana » 07 lut 2019 21:08

Jesienne słońce stało już wysoko, lekkie podmuchy wiatru łączyły ciepło promieni z wszechobecnym chłodem pory Saovine. Sigmund obserwował trakt ze wschodnich murów Wyzimy. Był znużony. Dziesiąta godzina warty mijała, a w zasadzie pełzła - tak, jak jego monotonne życie. Oparł przedramiona o zimny kamień, ukrył twarz w dłoniach. Od lat pozostawał zwykłym sierżantem, gwardzistą na foltestowym żołdzie. Zaplata za służbę starczała na życie, lecz nie dawała widoków na żadną jego odmianę. Jadł, spał, służył - trwał. Matula, którą zostawił w Anchor, była z niego bardzo dumna, lecz on czuł tylko pustkę. Dni spędzał leniwie na murach bądź w garnizonie. Przywykł do ciężaru halabardy, do niewygód stalowej zbroi. Westchnął ciężko, potarł potylicę, by dodać sobie otuchy i wyprostował się.

Od strony Mahakamu nadciągała karawana kupiecka. Przykryte plandekami i derkami powozy ciągnęły się w długim korowodzie, rosły na horyzoncie z każdą chwilą. Tylko szaleńcy mogli podróżować o tej porze roku przez masyw górski ku Wyzimie. Szaleńcy, albo ci, którym krasnoludy z Mons Arx użyczyły swych wozów, ciężkich i niezłomnych, jak ich brodaci powożący. Na najbardziej okazałym, zadaszonym furmanie siedział bogato odziany kupiec. Był to barczysty, nieco ogorzały jegomość. Nawet ze znacznej odległości, charakterystyczne rysy twarzy wskazywały na jego mieszane pochodzenie. Sigmund splunął z niesmakiem. Nienawidził półelfów, a do tego nowobogackich. Z nieskrywaną zazdrością spostrzegł, że na wszystkich palcach obu dłoni kupca błyszczały złote pierścienie i sygnety wysadzane różnokolorowymi kamieniami szlachetnymi. Mężczyzna nie podróżował sam. Oprócz krasnoludów poganiających konie na wozach, kompanii towarzyszyli najemnicy. Ponad tuzin zakapturzonych postaci otaczało karawanę ze wszystkich stron. Konni, czy piechurzy - wszyscy najemnicy byli odziani tak krzykliwie, jak gdyby wybierali się na jarmark albo uciechy Belleteyn. Sigmund parsknął, przełknął przekleństwo.
- Ot, - pomyślał - łachudry pozasłaniały gęby, bo może i to być, że któryś z prawem ma nie po drodze. A odważ się no takiego zaczepić albo wylegitymować, kiedy najął go bogaty kupiec. Zaraz pracę stracisz, żołdu nie dostaniesz, do garnka nie będzie co włożyć. Szlag by to trafił... Dobrze, że przeklęte Wiewiórki zaszyły się w lasach. Od miesięcy nikt ich nie widział, a ludziska powiadają, że sczeźli nareszcie, jako ich przywódcy w redańskich lochach. Zresztą, - zmarszczył czoło, dumając dalej - co mnie do tego, pies parchaty trącał i Rudych, i najemników. Ci tu to pewnie tylko kolejna hulajpartia, która postanowiła "uczciwie" zarabiać na żywot. W dzień nudne podróże, wieczorami swawole w karczmach. Przynajmniej, - musiał przyznać ze zgryzotą - w odróżnieniu ode mnie, tacy nicponie mieli co sobie opowiadać przy ogniskach.

Karawana była już bardzo blisko bramy miasta. Strażnik przyglądał się podróżnym uważnie, niemal jak urzeczony. Jego uwagę przykuła kobieta na rączej, srebrnej klaczy. Śnieżna biel kolczugi i odzienia kłuła w oczy. Widział pełne usta, jednak nijak nie mógł ujrzeć całej jej twarzy, skrytej w cieniu głębokiego kaptura płaszcza. Pospiesznie zszedł z murów na dół, gotów pełnić obowiązki. Inni gwardziści byli już na miejscu. Wymieniali monotonne uwagi, spacerowali wzdłuż wozów, podnosili plandeki, zrywali derki.
- Peklowane mięsiwa, zapasy soli. Ryby. Chędożone, śmierdzące ryby - wymieniali przyciszonymi głosami. Utyskiwali, mamrotali, sprawdzali kolejne pakunki. Sigmund dostrzegł na wozach również stal, doskonały oręż i zbroje, prosto z mahakamskich kuźni. Towarów było mnóstwo. Nikt sie temu nie dziwił, wszak jeśli jacyś kupcy docierali do Wyzimy o tej porze roku - wieźli dosłownie wszystko, co mogło przysłużyć się podczas zimy. Najemnicy milczeli. Trzymali się na uboczu, pozwalali strażnikom na rutynowe czynności, lecz nonszalancko się im przyglądali.

Pierwszy z woźniców, ponury i rybiooki krasnolud, trzymał w krótkich, grubych paluchach glejt. Sigmund odebrał go mierząc brodacza nieufnym spojrzeniem, które trenował od lat. Wnikliwie spojrzał na treść pisma, następnie na pieczęć. Nie zauważył, że biało odziana kobieta znalazła się nagle tuż obok niego. Przekonał się o tym, gdy usłyszał nad głową dźwięczny głos.
- Widzicie pieczęć? Ponoć tylko w Temerii tak wyraźnie odwzorowują symbole królestwa. Nie to, co w Redanii - słowa brzmiały z dziwnym, zamorskim akcentem. Uniósł wzrok. Ukryte w skórzanych rękawicach dłonie wprawnie trzymały wodze. Srebrnogrzywa klacz była niespokojna, energicznie tańczyła kopytami po bruku. Kobieta okazała się być elfką, a Sigmund ujrzał wreszcie jej twarz, czy – jak wolał to określać – elfią gębę. Była symetryczna, duże oczy o barwie bursztynowego ognia wwiercały się w niego uparcie. Nie zniósł tego spojrzenia. Chrząknął, zacisnął usta. Usiłował skupić się na glejcie. Rozczytywał kolejne słowa, a przynajmniej starał się, by tak to wyglądało. Po dłuższej chwili uświadomił sobie, że wypadałoby odpowiedzieć.
- Może i tak. Redania to nie moja rzecz. Tu, w Temerii, pieczęcie glejtowne są wyraźne, jako żywo. Muszą być takie, bo pierwszy lepszy oszust wartko by je podrobił - burknął wreszcie, ostentacyjnie odwrócił się do elfki plecami. - Bezczelne nieludzie, gadać trzeba z niemi, a tfu – mruknął do siebie, splunął przez zęby, zrezygnowany i zły. Już wiedział, że to nie będzie udany dzień, a do tego zobaczył, że jowialny kupiec o mieszanej aparycji wyrósł tuż przed nim.
- Czy z glejtem jest jakiś problem? - opryskliwie rzucił półelf. Ręce miał skrzyżowane, lecz ogorzałe lico pozostało niewzruszone, a wręcz znudzone.
Sigmund obejrzał się na towarzyszy pełniących z nim wartę. Jeden nieme pytanie zbył wzruszeniem ramion, inny kompletnie je zignorował - kopnął koło pobliskiego wozu, by sprawdzić jego wytrzymałość. Kolejny ziewnął. Dzień, jak co dzień. Jak zwykle, strażnicy musieli sprawdzić glejt, towar i wozy. Jak zwykle, nie dostrzegli nic podejrzanego. Rutynowa służba. Gwardzista spojrzał spode łba na kupca, siląc się na grzeczność, rzucił krótkie:
- Glejt w porządku – a następnie zwrócił dokument krasnoludowi.
Półelf uśmiechnął się półgębkiem, wsiadł niespiesznie na zadaszony furman. Niedbale machnął dłonią, dając sygnał woźnicy. Poganiane konie parsknęły, mozolnie ruszyły naprzód.

- No, - myślał Sigmund, odprowadzając ponurym wzrokiem odjeżdżającą w głąb miasta hołotę - wreszcie będzie trochę ciszy.
Nie sądził, że tej jesieni nadjedzie jeszcze jakaś kupiecka karawana z ochraniającą ją gówniarzerią wszelakiej maści. Liczył na spokój do pierwszych roztopów, a dziś - na wygodną bezczynność przez resztę dnia, aż do końca warty. Przypomniał sobie tą chwilę później, gdy oczy miał zwrócone ku czerwonemu od zachodzącego słońca niebu. Gdy już nie było dlań ni czasu, ni miejsca na myśli ani życzenia.
Ostatnio zmieniony 25 wrz 2019 11:40 przez Diriana, łącznie zmieniany 4 razy.
..And I felt I was in a trance and my spirit was lifted from me...

Awatar użytkownika
Ilane
Posty: 370
Rejestracja: 11 mar 2010 19:15
Lokalizacja: Z krainy jednoroszcuf

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Ilane » 07 lut 2019 21:16

Czekam na więcej. MOŻE SIĘ ROZKRĘCI!?
She dealt her pretty words like Blades —
How glittering they shone —
And every One unbared a Nerve
Or wantoned with a Bone —
Emily Dickinson 479

Awatar użytkownika
Astrid
Posty: 94
Rejestracja: 21 kwie 2009 15:06
Lokalizacja: Jakieś dziwne miejsce

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Astrid » 07 lut 2019 22:32

Miało szanse być niezłą zapowiedzią, ale ni ma tam Astrid. :cry:
http://paszczearkadii.blogspot.com
Zapraszam na bloga o tematyce arkadyjsiej.

https://www.facebook.com/paszczearkadii
Zapraszam tez na Paszcze na Fejsie.

Awatar użytkownika
Diriana
Posty: 24
Rejestracja: 13 lut 2009 13:59

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Diriana » 08 lut 2019 19:04

Srebrna klacz podążała spokojnym stępem obok pierwszego wozu karawany. Bruk był tak nierówny, że krasnoludzcy woźnicy z posępnymi - bardziej niż zazwyczaj – minami, znosili niewygody podróży. Marudny, mrukliwy głos wyrwał elfkę z chwilowej zadumy. Ściągnęła wodze, obejrzała się przez ramię. Powożący trzecim furmanem robił, co mógł, by koła nie napotykały przeszkód. Było to jednak niemożliwe. Może dlatego, usadowiona obok niego rumiana krasnoludka z założonymi rękoma ciągnęła swój monolog.
- Jak jedziesz?! Przodkowie w trumny drapią ze sromoty nad nieudolnością swego potomka. Bodajby to licho, jeszcze jeden wybój i wytrzęsę całą moją wspaniałomyślną cierpliwość.
- Poniechajże narzekań, chwacko młódko – krasnolud usiłował utrzymać tempo jazdy. Mimo to, na chwilę odwrócił wzrok od drogi, zerknął na towarzyszkę i wyszczerzył nierówne zębiska. Miała dwa grube, czerwone warkocze i urocze rumieńce na okrągłych policzkach. Budową ciała oraz kolorem przywodziła na myśl dorodnego buraka.
- Gorąca krew – bąknął z uznaniem. Wyraz jego twarzy wskazywał, że była dokładnie taka, jakie lubił. Krasnoludka nie skomentowała tego. Zrezygnowała z dalszych uskarżeń, gdy oczywistym było, że jej metody nie przynoszą zamierzonych rezultatów. Opadła ciężko na siedzisko. Pożałowała tego zaraz, potarła krępymi dłońmi pośladki.
- Że też dałam się na to wszystko namówić. Czy przyjdzie nam dalej żyć, czy umierać, jedno jest pewne – mruczała. – Czego, jak czego, ale poobijanego po podróży kupra, to nie daruję. Tylko w mogile mnie czasem nie kładźcie twarzą do dołu, niby wąpierza.
- Jakij zaraz mogile, co też ty gadasz? Mom ci ja takom maść na odciski, posmarować jeno trzeba… - zaczął woźnica, lecz gdy ujrzał jej urażone spojrzenie i zaciętą twarz, zamilkł. Zarechotał krótko. Karcący cios w potylicę oszołomił go na chwilę.
- Taak - cmoknął z zadowoleniem, niewzruszony na jej zabiegi. – Dorodne, uparte, cudne nasienie. Skaggsowa córa, tedy nic dziwnego.
Elfka obserwowała to wszystko, ukryła uśmiech. Powożący pierwszym wozem Ruar otarł rozbawione oczy. Znała tego wojownika już na tyle, by wiedzieć, że mimo chwilowej beztroski, pod gęstą brodą kryje się determinacja oznaczająca niewzruszoną gotowość na to, co dziś nastąpi. Nawet na śmierć, o której napomniała Astrid. Choć krasnolud był dumny jak na przedstawiciela jego rasy przystało i nie miał sobie równych w walce oburęcznym młotem, bez słowa skargi zgodził się udawać zwykłego woźnicę.

Ruar pochylił się w stronę elfki, podał glejt. Skinęła krótko głową, odpowiedział tym samym. Oboje wypoważnieli.
Zanim zwinęła otrzymany pergamin, spojrzała nań raz jeszcze. Viveck spisał się znakomicie. Miesiące obżarstwa u temerskich paniątek nie poszły na marne. Posiadał doświadczenie nabyte jeszcze w Cechu Kupców Novigradzkich i wiedział, jak funkcjonuje ten próżny światek, w jaki sposób zdobywać informacje, nie wzbudzając przy tym podejrzeń. Dla miejscowej szlachty był tylko uciesznym, otyłym niziołkiem. Wiedziała, że mógł działać do momentu, aż Temerczycy odkryją, kim naprawdę jest. Znała niebezpieczeństwo, tłumiła podświadome obawy. Od dawna nie dostała od niego wieści. Posłaniec dostarczył glejt aż do Mahakamu, jednak nie miał żadnych wartościowych informacji o położeniu, działaniach i sytuacji Vivecka. Przygryzła dolną wargę ust, niemal do krwi. Dobrze pamiętała jego rozedrgane ramiona i przeczący temu, dziarski wyraz twarzy, gdy parę miesięcy wcześniej wyruszał na tajną misję. Bardzo się starał, aby dowódca ujrzał w nim dzielnego wojownika. Był nim, wszyscy dokładnie tak go postrzegali, a potwierdzał to choćby ten genialnie podrobiony glejt.

Karawana brnęła naprzód przez brukowane ulice. Podróżowali teraz w absolutnym milczeniu. Mieszkańcy obdarzali ich nieufnymi spojrzeniami, niechętnie schodzili z drogi. Z kolei, żyjący tu na stałe nieludzie patrzyli inaczej, z ciekawością. Temerskie prawo dawało asymilantom niezbyt znaczące przywileje i tylko po to, by stworzyć pozór braku rasowej dyskryminacji. Ich przygaszone twarze ukazywały przykrą prawdę. Czy coś mogło rozpalić w nich nadzieję?
Elfka nie umiała na to odpowiedzieć. Rozejrzała się, cichym szeptem uspokoiła srebrzystą klacz. Jakże nienawidziła tych parszywych budynków, a raczej - nor, z których co dzień wypełzało nieposkromione do tej pory robactwo. Ludzie rozpanoszyli się dosłownie wszędzie. Wyzima była tego doskonałym przykładem. Bure kamienice powstały na elfickich fundamentach - gdzieniegdzie jeszcze wprawne oko mogło dostrzec fragmenty murów wzniesionych przez Aen Seidhe. Jednak, wszystko to zdawało się nikłe, jak gasnący blask diamentu tonącego w bagnie. Zacisnęła dłoń w pięść, spojrzała przed siebie. Zmierzali ku samemu sercu miasta. Tam, gdzie gawiedź gromadzi się licznie.
Czarnowłosy elf minął biało odzianą elfkę, poganiając niecierpliwego gniadosza do żwawego kłusu. Obejrzał się przez ramię, odnalazł ją wzrokiem. Mężczyzna wykonał tylko dyskretny ruch dłonią, niedostrzegalny dla postronnych, ona zaś odpowiedziała mu gestem szybszym, niż myśl. Rozumieli się bez słów. Dni, tygodnie spędzane nieprzerwanie z dala od obozu, w ukryciu, pośród leśnych gęstwin - czy to w pościgu za wrogiem, czy też w ucieczce przed takim - zrobiły swoje.

Dotarli na centralny plac Wyzimy. Otaczał ich wszechobecny gwar straganów, jazgot przekupek, utyskiwanie starców i pomruki patrolu strażników. Dookoła niósł się też śmiech dzieci, naprzemian z ich wrzaskiem. Wozy zatrzymały się. Ruar ustawił swój tuż pod tablicą, na której włodarze miasta zamieszczali ogłoszenia dla miejscowej czerni. Zszedł na bruk, rozprostował nogi. Stukot końskich kopyt ustał. Kilvar zeskoczył z siwego rumaka, ściągnął kaptur ciemnozielonej peleryny odsłaniając szelmowski uśmieszek. Poklepał konia po boku, przytwierdził wodze do dyszla wozu. Zdjął ciemną lutnię z pleców, nonszalancko oparł się o pobliski stragan. W tłumie wypatrzył modrooką elfkę, która cichym krokiem dołączyła do niego. Trzymała w dłoniach niemal identyczny instrument, tyle, że wykonany z jesionowego drewna. Na uzgodniony znak, zaczęli grać. Ich smukle palce muskały struny lutni, które wydały z siebie bliźniaczą, melancholijną i rzewną nutę. Czysty zaśpiew, jaki wyrwał się naraz z gardeł tej pary zainteresował tłum. Dzieci zatrzymały się, pobliskie rozmowy nieco ścichły. Kolejne osoby podchodziły bliżej, by ujrzeć i posłuchać bajania wędrownych truwerów. Starsza Mowa była dość znana w Temerii, lecz nie na tyle, by obecni tu ludzie mogli w pełni pojąć znaczenie jej starożytnej, klasycznej odmiany – a taką właśnie władali elfka i elf.
- ...Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde... - kolejne wersy pieśni rozbrzmiewały wokół. Nikt nie zwrócił uwagi, że krasnoludy schodzą z wozów, ruszają w kierunku furmanu pełnego zbroi i oręża. Nikt nie dostrzegł, że zakapturzeni najemnicy bezszelestnie zsiadają z koni, wtapiają się w otoczenie dołączając do gapiów. Tymczasem, elf kontynuował śpiew, który pełen był smutku i niewypowiedzianej nostalgii. Piękne, modre oczy Aidy zaszkliły się z emocji. Głos jej zadrżał, lecz nie przerwała pieśni.

Diriana stała niemal na wprost nich, pośród gęstniejącego tłumu. Zsunęła śnieżnobiały kaptur z głowy, odrzuciła płaszcz. Karmazynowe kosmyki jej włosów spłynęły falą na plecy, na dwie przewieszone w poprzek pochwy na miecze, dotknęły wreszcie oplecionej skórzanym pasem talii. Futerały nie były puste: rękojeści tkwiących w nich broni sięgały nieco ponad ramiona elfki. Ta zaś przymknęła oczy, lecz obserwowała otoczenie spod przymrużonych powiek, chłonęła je zmysłami. Czekała.
Aida i Kilvar zakończyli śpiew nagłym, rozpaczliwym crescendo. Ostatnie dwa słowa zostały zrozumiane doskonale, a wypowiedziane już po ustaniu muzyki, w nagłej ciszy. Wzbudziły wśród ludzi uzasadniony niepokój, lecz na niepokój było stanowczo za późno.
- Aelirenn... Aelirenn!

Jak na komendę - wszyscy „najemnicy” i „woźnicy” kupieckiej karawany sięgnęli po bronie. Barczysty półelf również wydobył spod bogatych, kupieckich szat ukryte tam topory. Dziś Boner przez chwilę był nowobogackim handlarzem i dobrze się przy tym bawił, jednak tylko podczas walki czuł się kompletny.
Stal w rękach nieludzi odezwała się w powietrzu metalicznym szczękiem, związała walką obecnych na placu. Tłum wpadł w niekontrolowany popłoch.
- Za Shaerrawedd! Wolność! - krzyknął fanatycznie elf z okaleczoną twarzą. Jedno oko miał przysłonięte, jednak nawet opaska nie była w stanie zakryć znaczącej lico szramy. Jego zimne, bezwzględne spojrzenie obrało ofiarę. Był nią jeden z gwardzistów patrolu, który przystanął w pobliżu i przysłuchiwał się wcześniej pieśni. Zew Aidy, Kilvara i Elenrila poderwał Komando do walki. Wszyscy, bez wyjątku, uwikłani zostali w bój: żołdacy, drobne złodziejaszki, kobiety, dzieci, starcy, mężczyźni w sile wieku. Dla Scoia'tael nie różnili się niczym. Byli po prostu plagą, którą należało zdławić. Ludzie krzyczeli, miotali się... i ginęli. W zgiełku trudno było odróżnić poszczególne wrzaski i głosy. Gdy od razów Elenrila poległ pierwszy strażnik, kolejny zadął w róg, rozpaczliwie wypatrując wsparcia ze strony garnizonu. W mieście rozgorzał alarm. Dźwięk brzmiał krótko. Niewielki, krasnoludzki oddział pledowników dowodzony przez waleczną Astrid okrutnie go przerwał. Z rozpłatanego toporem gardła sierżanta wydobył się tylko przedśmiertny charkot.
- Była nadzieja – mruczała młoda Skaggs pomiędzy kolejnymi wymachami broni - i już jej nie ma.
Odcięta głowa gwardzisty upadła na bruk, potoczyła się po nim wśród wzbierających strumieni ludzkiej krwi.
..And I felt I was in a trance and my spirit was lifted from me...

Ruar
Posty: 1
Rejestracja: 09 lut 2019 14:31

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Ruar » 09 lut 2019 14:46

Z innej kamery.....

Nigdy nie uważał się za tytana intelektu. Wolał by myśleniem zajmowali się inni. Cała ta maskarada, z udawaniem chędożonego woźnicy nijak do niego nie przemawiała. Ale jak Diri i Konsul coś wymyślają to trza to przyjąć na wiarę, nie starać się zmieścić tego we łbie. Konsul nakazali być trzeźwym, więc krasnoludzką przepalankę musiał nieco rozmajać wodą, smakowało paskudnie, ale lepszy rydz niż nic. Jego rybie oczka zawsze przysłaniała mgła alkoholowego przymulenia, teraz może była nieco mniejsza, przecież nikt nigdy nie widział go trzeźwego, więc skąd mogli wiedzieć jak wtedy wygląda. Sam chyba już tego nie pamiętał. Gdzieś za sobą słyszał skrzekliwe marudzenie Astrid, której chętnie dobrałby się do tych jej cycków, ale coś podpowiadało mu, że po igraszkach dopiero zaczęła by być na serio gderliwa. Lekko przymrużył oczy, w oddali widział zarys murów wyzimskich. Odetchnął głęboko, jeszcze chwila, niedługo się zacznie. Niemal czuł chłodny dotyk młota na dłoniach. Niemal słyszał jego ciche wołanie. Wiedział dokładnie w którym miejscu na wozie jest ukryty, w jakim położeniu i jak zrobić z niego dobry użytek. Ścisnął lejce mocniej, aż zapiekła go skóra. Wyłowił wzrokiem Elenrila, jego zimne, jednookie spojrzenie w dziwny sposób dodawało mu otuchy. Niejedno razem przeszli, dobrze go mieć dzisiaj przy sobie. Odpowiedział tym swoim beznamiętnym, mrożącym krew w żyłach uśmieszkiem, bez śladów wesołości. Przeniósł wzrok na elfkę, na jej płonące bursztynem oczy. Przelotny, niemal niezauważalny uśmiech rozjaśnił na chwilę jego ponurą, prostą mordę. Pamiętał ich pierwsze spotkanie, gdzieś w redańskim lesie, była taka żywa, dzika, pyskata jednak niezwykle intrygująca. Gdy patrzył na nią teraz czuł dumę. Miał to przekonanie graniczące z pewnością, iż przeznaczono ją do rzeczy wielkich. Czuł się za nią odpowiedzialny i wiedział, że nie pozwoli nikomu jej skrzywdzić. Zdawał sobie sprawę, że potrafi o siebie zadbać, atakowała bezwzględnie i umiała robić mieczem, lecz była słaba…słaba jak każdy elf. Wiedział, że go potrzebuje choćby i jako żywą tarczę, ale czuł się z tym dobrze. Znał swoje miejsce, zawsze w pierwszym szeregu by przyjmować na siebie te najsilniejsze ciosy. Krasnolud nigdy nie ucieka, krasnolud wobec przewagi liczebnej bądź taktycznej wroga z godnością, ale wartko opuszcza pole walki. Dziś tej możliwości nie brał pod rozwagę. Dziś wyzimska dzicz dostanie to co jej się należy. To wszak dopiero zalążek tego co trza było wykonać. Nieznośnie go to jątrzyło. I jeszcze ten Rukhar ze swoją bandą tępych obwiesi w futrzastych czapach. Jakże on ich nienawidził, tych parszywych typków. Ale na nich też przyjdzie pora. Splunął przeciągle na ziemię. Z ukrytej kieszeni płaszcza wyciągnął trefny glejt. Marszcząc z wysiłkiem czoło z trudem składał litery. Starał się przy tym wyglądać tak, jakby faktycznie wiele z tego pojmował. Zbliżali się, widział już szare, smętne oblicza bramnych strażników. Ich zmęczone, puste oczy nie wyrażały niczego. Jeszcze nie wiedzieli co niebawem się stanie. Marzyli tylko o końcu służby, a ta zaiste wkrótce się skończy.


Pzdr Ruarro

Awatar użytkownika
Diriana
Posty: 24
Rejestracja: 13 lut 2009 13:59

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Diriana » 12 kwie 2019 00:04

***

Sygnał alarmu dotarł do grododzierżcy. Velerad zatrząsł się gwałtownie, poczerwieniał na twarzy.
- Zabić! - wrzeszczał - Zabić bez litości! Opuścić posterunki, mordować! Zabić wszystkich! Nikt nie ma prawa wymknąć się Wyzimy, nawet mysz!
Kapitan gwardii skinął głową, bez słowa opuścił gabinet. Z korytarza dochodziły jego krótkie rozkazy. Już po chwili, budynek niemal opustoszał.
Grododzierżca rozkazał zabarykadować wrota. Upadł otyłym cielskiem na głęboki fotel.
- Żeby tak w biały dzień… Rude skurwysyny, doigrają się wreszcie. Moje miasto, moje piękne miasto... - jęknął, otarł spocone czoło pulchną dłonią. Sapnął ciężko. Musiał się opanować, był przecież włodarzem Wyzimy.
- Wołodia – rzucił głośnym, ale już spokojniejszym głosem – do mnie.
W drzwiach pojawił się zwalisty strażnik. Velerad skinął na niego dłonią, aby podszedł bliżej.
- Powiedz mi, Wołodia, kogo mi tu kapitan zostawił?
Gwardzista podrapał się po brodzie.
- Mnie…
- To widzę – Velerad skrzyżował ramiona. Wołodia potwierdził, uśmiechnął się i wydukał jednym tchem:
- Jasena, Todora, Atanasa i tego nowego młokosa, jak mu tam… - zastanowił się. – A, juże wiem, mości panie. Gerg, czy Gerk. Jakoś tak żem zapamiętał. Niewyraźnie mówi, jak to prosty chłopak ze wsi.
- Wołaj ich tu.
Strażnik stuknął obcasami i wyszedł. Wrócił po chwili prowadząc pozostałych. Siwy, ale żylasty Jasen miał minę bez wyrazu. Przeżył już wiele, więc dzisiejszy atak jakiejś bandy obwiesi na miasto nie wydawał się robić na nim większego wrażenia. Potężny Atanas o szpakowatej czuprynie miał opuszczony wzrok i nawet nie ukrywał niepokoju, choć przecież znał swój fach. Szczawikowaty Todor szczerzył się głupkowato, zadowolony z wezwania na audiencję do grododzierżcy. Gerg stanął przy nich. Od razu było widać, że jeszcze nie przywykł do służby i kompanów. Był wysoki, szczupły. Spod głębokiego hełmu wystawała mu tylko żuchwa, na której próżno było jeszcze szukać zarostu. Nie odzywał się nie pytany, co Wołodia cenił u rekrutów.
- To oni, panie. Trzech jeszcze pilnuje kordegardy, ale nie przyszli, bo żem wrota polecił zaryglować, wedle rozkazu – wydusił i znów podrapał brodę.
Velerad nie skomentował, zmierzył wszystkich wzrokiem. Przedłużał ciszę. Z zewnątrz słychać było krzyki ludności, niekontrolowany zamęt i popłoch. Zetknął dłonie palcami, tworząc piramidę. Robił tak od dawna, by nie machać rękoma gdy był zdenerwowany. Uważał, że to było niezwykle plebejskie, więc nie przystawało do zachowań grododzierżcy. Odchrząknął wreszcie, zatrząsł obwisłym podbródkiem.
- Todor i rekrut, na korytarz. Zamknąć okiennice, pilnować. Atanas i Jasen zostaną przy mnie. Wołodia, odpowiadasz za bezpieczeństwo tego budynku. A teraz słuchać wszyscy – warknął, nie mógł już dłużej nad sobą panować. - Jeśli jakimś sposobem grasantom przyjdzie na myśl wyważyć wrota, nie dopuścicie ich tu. Siedziba grododzierżcy jest sercem i umysłem Wyzimy, czy to jasne? – nie czekał na odpowiedź, mówił dalej. – Jeżeli ja zginę, to miasto upadnie i nic wam nie pomoże. Więcej powiem – zawiesił głos w efektownej pauzie, spojrzał kolejno na każdego z żołnierzy i dopiero wówczas odezwał się, dobitnie akcentując każde słowo. - Czy wiecie, co zrobi wam Miłościwie Panujący, jeżeli zawiedziecie i bogowie wzbrońcie, przeżyjecie mnie?
Pokiwali niepewnie głowami.
- Cieszę się. No, nie stać mi tu. Do obowiązków! Służyć macie, nie potakiwać!
Atanas i Jasen zmierzyli się wzrokiem, lecz milczeli. Pozostali strażnicy wyszli. Velerad nie patrzył już na nich, zatem nie mógł zobaczyć, że w progu Gerg obejrzał się jeszcze i posłał mu długie, nieprzyjemne spojrzenie.


***
Byli stworzeni z mroku, braćmi cieni, bezimiennymi ostrzami pośród ciemności. Wtapiali się w nią tak doskonale, że chyba tylko psy myśliwskie mogłyby odkryć ich obecność. W mieście jednak próżno było takich szukać – a przynajmniej tam, gdzie się znajdowali. Kruczowłosy elf odsunął kaptur ciemnego płaszcza. Podrapał palcami wygolony, pokryty tatuażem kark i wykrzywił się, jak gdyby szkarłatno-czarne ciernie nie były tylko malunkiem, a faktycznie rozrywały jego skórę. Ostrożnie wyjrzał na ulicę.
Zamieszanie, jakie zaczęło się po ataku, ogarnęło całą Wyzimę. Ludzie biegali, bezładnie przemierzali ulice. Słychać było lamenty, krzyki. Wzywano straż, polecano się wzajem opiece Wiecznego Ognia albo Melitele – ale póki co, na wołania odpowiedział tylko przerwany nagle alarm. Stłumiony dźwięk rogu dał elfom sygnał do działania.
- Jak tam, Saey? – słysząc wypowiadane półszeptem imię, elf odwrócił się. Tak przywykł do ciemności, że mógł bezbłędnie odgadnąć wyraz jasnych oczu, czy twarzy Skavo.
Obaj przybyli do miasta parę dni wcześniej, zrobili rekonesans. Przygotowali się do zadania, jakie otrzymali od dowódcy. Wskazania były jasne, toteż spędzili w ukryciu cztery dni, zaś nocami przemykali od kamienicy do kamienicy w poszukiwaniu dogodnych celów i dróg ucieczek. Nie rzucali się w oczy, schodzili strażnikom z drogi. Dwóch podróżnych w zakurzonym odzieniu, w kaftanach, bez widocznej broni, nie budziło większych sensacji nawet, jeśli byli nieludźmi. Rozmawiali niewiele, przekazywali sobie tylko konieczne informacje w tajnym języku gestów, znanym skrytobójcom i niektórym szanowanym w półświatku szumowinom. Byli gotowi na zdarzenia dnia dzisiejszego, a przynajmniej tak im się wydawało.
- Zaczęło się na dobre – szepnął Saeyael. – Potrzebuję jeszcze chwili, upewnię się – ponownie zerknął w prześwit między budynkami wyczekując dogodnego momentu. Bolały go plecy. Na odpoczynek po wczorajszej nocy wśród niekończących się uliczek wybrali ciemną norę, przedsionek nieczynnej od dawna manufaktury. Nieznośny wiatr dął między ścianami, ochładzał jeszcze wyziębione jesienną słotą mury. Elf nie zmrużył oka, lecz nie winił za to tylko niesprzyjającej aury. Czuł podenerwowanie, ale i irracjonalną ekscytację, przyzwyczajał się do obecności w tym wymagającym położeniu. Dużo rozmyślał oczekując na dzisiejszy dzień. Wtedy właśnie uświadomił sobie, że gdyby jego los potoczył się inaczej, wiódłby teraz wygodne, dostatnie życie. Prawda była taka, że tak jak nie lubił o sobie opowiadać, nie znosił spokojnej egzystencji. Dawniej, gdy nie znał jeszcze osobiście nikogo z Komand, słuchał opowieści o nieludziach toczących krwawą wojnę, która dawno już jest przegrana, oraz mordujących w imię jakichś wydumanych idei. Niestety, ku zdziwieniu (i zgorszeniu) niektórych, wyjęci spod prawa grasanci bardziej go ciekawili, niż przerażali. Miał możliwość pójścia różnymi drogami, znał przynajmniej kilka spojrzeń na świat. Któreś z nich mógł obrać za swoje, uczynić codziennością, lecz wierzył, iż podjęciu tak ważnej decyzji towarzyszyć powinno coś więcej. Dlaczego zatem stał się wojownikiem o wolność Starszych Ras? Kiedy ktoś go o to pytał, odpowiadał milczeniem. Jego wybór to jego sprawa, choć sam wiedział, iż miało nań wpływ wiele czynników, w tym spotkanie licznego Komanda i pewna rozmowa.
- Ruszamy? – Skavo wyrwał go z rozmyślań.
Saeyael uśmiechnął się. Dobrze pamiętał tamten dzień, jak i fakt, że ostatecznie zadecydowało to, co pozostało między słowami. Może to było przeznaczenie, może zwykły przypadek. On wiedział swoje i nie żałował żadnej chwili, a rozkojarzenie było ostatnim, czego teraz potrzebował. Był wojownikiem Scoia’tael.
Elf sprawdził ułożenie sztyletów, które zawsze nosił w rękawach i jednym gestem przekazał towarzyszowi odpowiedź twierdzącą. Skavo założył na plecy wypchaną sakwę. Ze spokojem doświadczonego wojownika, raz jeszcze sprawdził ekwipunek i potwierdził gotowość do działania.
Wystarczyło mgnienie chwili, by obaj wyłonili się z cieni i wtopili w przestraszony tłum. Doskonale udawali, że sami uciekają, a przy tym ciągle zmierzali do wybranej poprzedniej nocy kamienicy – tuż nieopodal głównego placu miasta. Gdy ujrzeli budynek wtłoczony pomiędzy kolejne niby żołdak w zwarty szereg oddziału byli pewni, że zdecydowali dobrze. Skavo i Saeyael słyszeli stłumiony szczęk broni, jednak nie mogli wiedzieć, co dokładnie dzieje się po drugiej stronie zabudowań. Walka wrzała, a oni dwaj mieli coś do zrobienia - tylko to było pewne.
Zasłonili twarze chustami aż po same oczy, wślizgnęli się przez otwarte okno, prosto do piwnicy. W krótkim czasie odnaleźli wyjście i prowadzące wyżej schody. Pokonali kilka stopni, spojrzeli w górę. Tak schody, poręcze, jak i cała konstrukcja wnętrza kamienicy była połączeniem solidnego drewna oraz kamienia. Skavo wyjął z sakwy dwie butelki oleju, jedną podał Saeyaelowi. Zaczęli oblewać drewno łatwopalną substancją. Olej był śliski, więc musieli bardzo uważać, by się nie poślizgnąć. Byli już niemal u szczytu schodów, na wprost drzwi wiodących na parter kamienicy, gdy usłyszeli pospieszne kroki, urywane oddechy i wrzaski ludzi ryglujących najwyraźniej wejściowe wrota.
- Łapać noże, pogrzebacze i na nich, a nie drzwi blokować! Tchórze, po sadybach się chowają jak te szczury! – wydzierał się głuchym głosem jakiś starzec.
- Zawrzyj gębę, dziadku, bo cię zaraz wyrzucimy na bruk, to sobie powojujesz. Laską ślepia powybijasz nieludziom przebrzydłym – rechot basowego głosu dudnił w uszach elfów. – Zemścimy się na tych, co zostaną w Wyzimie, teraz niech straż robi swoje. Za coś żołd biorą trutnie foltestowe, a ja żem nigdy się do służby i pod but grododzierżcy nie pchał.
Nerwowe wymiany zdań, przekomarzania, kłótnie i przyciszone głosy kobiet starających się uspokoić płaczące dzieci zagłuszały istotę rozmowy. Skavo i Saeyael zdawali sobie sprawę, że nie mogą teraz tak po prostu wyjść na korytarz. Musieli szybko podjąć decyzję, co dalej. Ułatwiły im to nagłe odgłosy kroków. Ktoś się zbliżał.
Kiedy drzwi uchyliły się rozświetlając ponury półcień piwnicy, zwalisty człowiek ryknął wniebogłosy i rzucił się na elfów z pięściami.
- Patrzcie ich, aż tu wleźli! Bij, zabij! Złodzieje, nieludy! – wyrzucił ciężkie ciało do przodu, usiłując pochwycić Skavo potężnymi łapskami. Elf zwinnie uchylił się bacząc, by nie zejść ani stopnia niżej, albowiem to oznaczałoby balansowanie na naoliwionej powierzchni. Następnie uderzył napastnika na odlew trzymaną w dłoni butelką oleju. W ślad za ciosem błyskawicznie powędrowała druga ręka, w której błysnęło rozpędzone ostrze sztyletu. Z otworzonej tętnicy szyjnej buchnęła krew. Rozpaczliwa próba jej zatamowania palcami nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Skavo zapamiętał tylko wytrzeszczone oczy ofiary, gdy martwe ciało z impetem runęło w dół, ześlizgując się po schodach.
W tym samym czasie Saeyael skonfundował, że reakcją na wołanie mężczyzny był jeszcze większy popłoch wśród mieszkańców kamienicy. Mimo to, do drzwi piwnicy zbiegło się parę odważniejszych osób, by odeprzeć zagrożenie. Gdy zatem pewien tyczkowaty wyrostek postanowił rozprawić się z intruzem kuchennym tasakiem, elf pozwolił mu sądzić, że broń robi na nim wrażenie. Zamarkował niezgrabne wycofanie się i wahanie, upuścił butelkę oleju. Oparł się całym ciężarem ciała o drewnianą poręcz, która skrzypnęła żałośnie. Człowiek nabrał pewności siebie, wyprowadził w przeciwnika cios poprzedzony potężnym rozmachem. Saeyael niedbałym ruchem nadgarstków wysunął z rękawów dwa noże bojowe wykute z matowej stali. Z łatwością uniósł rękę i wychwycił tasak na broń parując uderzenie. Równocześnie, skręcił ciało w pół i ustawił się do chłystka bokiem, nadając sobie impetu. Jego ruch był tak płynny, że przeciwnik nie zorientował się, iż w ślad za harmonijnym przejściem podążył skrytobójczy cios. Świadomość gasnącego żywota pojawiła się dopiero wtedy, gdy człowiek opuścił głowę w dół i spojrzał na rękojeść noża wystającego z jego własnej piersi. Wówczas Saeyael gwałtownie wyszarpnął ostrze uwalniając strumień krwi z korpusu wroga i solidnym kopniakiem wymierzonym w jego środek odepchnął przeciwnika w tył. Młokos zdołał jeszcze jęknąć, zanim bezwładnie opadł całym ciężarem wprost na kolejnych trzech napastników zamierzających dostać się przez drzwi do piwnicy.
Skavo wykorzystał zamieszanie, prześlizgnął się obok ludzi usiłujących podnieść się z podłogi, spod świeżego truchła. Ominął wzbierającą pod ciałem młodzieńca kałużę krwi. Zobaczył, że Saeyael zdążył podnieść z ziemi butelkę i podążał tuż za nim.
Obaj chcieli ujść spodziewanej pogoni, przyspieszyli kroku. Obskurny korytarz był już prawie pusty. Rozświetlały go knoty płonące wewnątrz olejnych lamp, powieszonych na ścianach wzdłuż prowadzących ku górze schodów. Drzwi wiodące na zewnątrz budynku ryglowała potężna belka. Odgłosy pospiesznych kroków niosły się teraz coraz wyżej. Najwidoczniej, pozostali przestraszeni lokatorzy postanowili ukryć się, ochronić żywot i dobytek.
Olejny ślad znaczył obraną drogę elfów, a ta mogła być tylko jedna – w górę. Za nimi podążali ludzie, którzy zostali powstrzymani przy zejściu do piwnicy tylko na chwilę. Pokonywali kolejne stopnie z przekleństwami na ustach, spowalniani plamami świeżo rozlanego oleju. Raz po raz spoglądali w górę w nadziei, że dogonią dwóch zwinnych elfich wojowników. Ci zaś bez śladu zmęczenia stanęli już na ostatnim, trzecim piętrze. Błyskawicznie badali otoczenie wzrokiem, lecz nie byli w stanie zareagować, gdy zza otwartych po prawej stronie korytarza drzwi świsnął bełt. Skavo zdążył uchylić się tylko o tyle, że ostrze pocisku miast trafić prosto w pierś, wbiło się w jego ramię. Elf odruchowo złapał za promień i lotkę, a jego twarz oszpecił grymas bólu, jednak natychmiast spojrzał w kierunku strzelca. Zniewolony zaawansowaną podagrą starzec siedział na krześle blokując wejście do pomieszczenia. Ładował ponownie broń z rozdziawioną zadowoleniem gębą, kontent ze swego osiągnięcia.
- Ja ci tu zaraz, bratku, poprawię! Na drugi świat, hem, hem, wyprawię - zamamrotał ni to do siebie, ni do zranionego elfa. Powykręcane dłonie drżały mu wyraźnie, lecz zapalczywość w działaniu równoważyły wiek i kalectwo. Skupiał się tylko na umieszczeniu bełtu w mechanizmie kuszy, nie mógł więc dostrzec nadciągającej śmierci. A ta, jak to zwykle bywa, przyszła cicho i brutalnie. Rozpędzone ostrze sztyletu utknęło głęboko w jego gardle, ostudziło na zawsze tak zapędy, jak i ciało wiekowego obrońcy kamienicy.
Nim konający zdążył ostatni raz mrugnąć wybałuszonym, przykrytym bielmem ślepiem, wojownicy byli tuż przy nim. Bez ceregieli odsunęli krzesło, weszli przez otwarte drzwi do środka. Słyszeli nadciągającą schodami pogoń: podążający ich śladem mężczyźni właśnie dotarli na szczyt schodów. Saeyael nie zastanawiał się długo. Z ponurym uśmiechem na ustach odwrócił się do zdążających w jego stronę ludzi. Szeroki zamach posłał butelkę z resztką oleju prosto na korytarz. Pocisk minął głowy napastników i z impetem rozbił się na ścianie, krusząc wiszącą nań, zapaloną lampę w drobne kawałeczki. Muśnięty powietrzem płomień prędko złączył się z łatwopalnym olejem ściekającym na podłogę. Wystarczyła chwila, by korytarz stanął w ogniu, łącznie z nieszczęsnymi ludźmi, którzy podążyli w pościg za elfami. Rozpaczliwe krzyki niosły się po całym budynku, razem z łapczywymi jęzorami płomieni, które pełzły na boki, w górę i w dół, zachęcane pieszczotliwymi skargami drewna, jak i olejną ścieżką wytyczoną przez dwóch nożowników.
Skavo tymczasem, tłumiąc ból potęgowany zmuszeniem do wysiłku zranionego ramienia, uchylił przymknięte okiennice, wyszedł na zewnątrz, opierając stopy na wąskim gzymsie. Zachwiał się lekko, ustabilizował równowagę i zrobił miejsce towarzyszowi. Saeyael wyłonił się z okna jak kot, jednym nachwytem i podciągnięciem znalazł się na dachu. Pomógł Skavo wspiąć się za nim. Z okna poniżej zaczął wydobywać się gęstniejący dym. Jasnooki elf skwitował nieme pytanie o ranę krótkim:
- Nie ma czasu.
Obaj doskonale wiedzieli, że cała konstrukcja dachu kamienicy opiera się na drewnianych balach. Nie mieli chwili do stracenia, jednak mimo to odruchowo spojrzeli z góry na centralny plac Wyzimy. Widok niemal zatrzymał im serca, sparaliżował całkowicie. Niewielka grupa Scoia’tael walczyła z gwardią miasta pośród kilkudziesięciu ciał miejscowej ludności, zastygłych w wiecznym bezruchu na ciemnoczerwonym dywanie krwi. Od strony wschodniej i północnej bramy nadbiegały kolejne patrole strażników, lecz nie to było najgorsze. Z południa, prosto z garnizonu, nadciągał znaczny oddział ciężkozbrojnych halabardników. Komando było w potrzasku, jednak ani Skavo, ani Saeyael nie ujrzeli nic więcej – kłęby gęstniejącego dymu przysłoniły im widok, przywróciły do żywych i zmusiły do działania. Świadomość, że Scoia'tael zostali zamknięci w pułapce napawał wojowników uzasadnionym niepokojem.
Saeyael odwrócił się twarzą do Skavo, mimo jego protestów zabezpieczył ranę na ramieniu towarzysza tak, jak mógł w obecnych okolicznościach.
- Musimy zmienić pierwotne ustalenia i rozkazy - w zdecydowanym głosie Skavo przebrzmiała posępna nuta. - Inaczej zginą wszyscy.
Elf był odporny na ból, gdyż tylko nieznaczne grymasy przy poruszaniu się i pobladły wyraz twarzy wskazywały na to, iż doznał uszczerbku podczas szaleńczej eskapady na szczyt kamienicy. Saeyael z kolei zdawał się być zupełnie nieobecny, lecz przytaknął mu natychmiast. Ściągnięte brwi elfa zdradzały, iż w myślach tworzy już nowy plan działania.
- Chodźmy.
Nożownicy raz jeszcze spojrzeli w stronę walczących usiłując dostrzec w kłębach dymu cokolwiek istotnego, jednak ich wysiłki były bezskuteczne. Pożar najwyraźniej rozprzestrzeniał się coraz dalej wewnątrz budynku, na którego dachu stali. Nie mogli dłużej zwlekać, ruszyli w kierunku następnej z kamienic. Te zaś posadowione były wokół placu Wyzimy tak gęsto, iż niemal stykały się ścianami. Sąsiadujące z sobą dachy pozwalały na przemieszczanie się pomiędzy nimi, balansowanie po spadzistych krzywiznach. Saeyael jednym susem przesadził niewielką przestrzeń dzielącą płonącą kamienicę od kolejnej. Skavo zawahał się przez moment, jednak jedno spojrzenie przez ramię pospieszyło decyzję. Jęzory ognia dosięgały szczytu budynku, wypełzały ku górze pośród ciemnych obłoków dymu poganiane niecierpliwymi podmuchami wiatru.
Gdy obaj wojownicy byli już po drugiej stronie, odnaleźli fragment wystającej spod pokrycia dachowego krokwi. Bez namysłu opletli wokół niej linę i opuścili ją aż na bruk. Pospieszna droga - tym razem w dół - zaprowadziła ich wprost na główny plac Wyzimy, pomiędzy porzucone, choć ciągle zapełnione towarami stragany. Wówczas już mało kto zwracał na nich uwagę. Zwarty oddział strażników z garnizonu zbliżał się do walczących, a dwaj elfi wojownicy musieli prędko zdecydować, co dalej.
- Siedziba grododzierżcy, teraz - palce Skavo przekazały jednoznaczną wiadomość.
- Muszę zostać tutaj - determinacja wypisana była na opanowanej zazwyczaj twarzy Saeyaela. Skavo był pewien, że pytanie o powód tej decyzji pozostanie bez odpowiedzi. Doskonale wiedział też, że nie zdoła odmienić zamiarów upartego towarzysza, który zawsze chodzi swoimi drogami, więc nawet nie próbował. Odpowiedział cichym:
- Gar'ean, Saey.
- Faill te - czarnowłosy elf odruchowo wyszeptał słowa pożegnania, jak w amoku ruszył w stronę walczących Scoia'tael. Skavo odprowadzał go wzrokiem krótką chwilę. Rwący ból odezwał się w ramieniu, gdy tylko na powrót wtopił się w cienie wydłużane chylącym się ku zachodowi słońcem.
Ostatnio zmieniony 25 wrz 2019 11:57 przez Diriana, łącznie zmieniany 2 razy.
..And I felt I was in a trance and my spirit was lifted from me...

Awatar użytkownika
Rukhar
Posty: 80
Rejestracja: 16 gru 2016 16:23

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Rukhar » 12 kwie 2019 01:05

Co za nicponie z tych dwóch elfów. Zacne opowiadanie.

Kod: Zaznacz cały

ob siebie
Jestes turem, znanym jako:
Ob_205914, tur.
Jestes w swietnej kondycji.

Hargrim
Posty: 32
Rejestracja: 01 mar 2018 11:45

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Hargrim » 14 kwie 2019 12:25

Piekara by się nie powstydził, a Pilipiuk mógłby pozazdrościć:)

Nad przecinkami jednak musisz popracować, bo rażą, zwłaszcza ten przecinek po "Następnie" na początku zdania.

Awatar użytkownika
Diriana
Posty: 24
Rejestracja: 13 lut 2009 13:59

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Diriana » 06 sie 2019 08:27

***
Przerwany sygnał alarmu posłyszał również sierżant Sigmund. Oblał go zimny pot. Stolica została zaatakowana, a służba to służba.
- Za mną, braty - mruknął gardłowo do pozostałych wartowników. Ruszyli razem, pozostawiając przy bramie tylko jednego gwardzistę. Masywna krata opadła w dół, zamknęła wschodnie wyjście z Wyzimy.
Byli już bardzo blisko centralnego placu miasta, rozglądali się uważnie. Trzaskały okiennice, ludność zamykała się w domach, ryglowała drzwi. Akolici Wiecznego Ognia wyszli ze świątyni. Cytowali proroctwa o dniu sądu, o kresie tej ery, nawoływali do nawrócenia i opamiętania się, podsumowania żywota i odpokutowania występków.
- Ogień! - wołali. - Wieczny Ogień was oczyści! Nie lękajcie się!
Jak na komendę z okien najwyższego piętra pobliskiej kamienicy zaczęły unosić się kłęby dymu. Miejscowi wrzeszczeli, że wrota zaryglowano od wewnątrz, co uniemożliwiało sprawne ugaszenie ognia czy jakąkolwiek pomoc. Pożar błyskawicznie rozprzestrzeniał się na cały budynek. Nie spodziewano się znaleźć tam niczego prócz zwęglonych trucheł. Wokół niosły się lamenty, że pożogę wzniecili nieludzie, asymilanci po cichu wspierający wywrotowców. Inni zaś twierdzili, że to był przypadek, a płomień pojawił się niezależnie od ataku. Przy okazji typowania winnych węszono również spisek na szerszą skalę i przypisywano go, jak zwykle w takich sytuacjach, tajnym służbom nilfgaardzkiego wywiadu. W każdym razie za wcześnie było jeszcze na ustalenie bezpośredniej przyczyny. Pewne okazało się tylko jedno: Wyzimę trawił czerwony kur.
Sigmund uchwycił wzrokiem moment, gdy posadowione na drewnianych krokwiach dachy pobliskich kamienic raz po raz niknęły w ogniu i dymie. Gnany wiatrem płomień metodycznie rozprzestrzeniał się na okoliczne sadyby stojące w regularnych szeregach, rozdzielone wąskimi uliczkami. Już wtedy pożar wymknął się spod kontroli, a stolica Temerii była miejscem, gdzie odgrywał się tragiczny spektakl z udziałem kaedweńskiej bandy. Strażnik sapał donośnie, rozważając ostatnie wydarzenia.
- Żem ja przepuścił te cholerne, zawszone obdartusy. Dałem się podejść jak pierwszy lepszy rekrut. Nie byłem sam, ale kogo to obchodzi? Dowodziłem, kurwa mać, glejt sprawdzałem. Każdy widział... - otarł spoconą od nerwów i pospiesznego marszu twarz. - Velerad mnie za to powiesi. Jestem już trupem, chyba że... – przystanął, zastanowił się. - Mus mi pogromić Wiewiórki, a może głowę zachowam – wzdrygnął się na samą myśl o kacie. Jakby tego było mało, na jawie ukazał się mu wielce prawdopodobny scenariusz zdarzeń: ujrzał samego siebie na kolanach przed grododzierżcą, trzęsącego się jak osika i mamroczącego bez końca: "Panie, pomiłujcie." Wezbrał w nim strach, ale też gniew (choć bardziej jednak pierwsze z odczuć). Mimo to postanowił, że choćby nie wiem co, nie pozwoli się poniżyć i nie będzie błagał. Pozabija napastników albo zginie. Nie było od tego odwrotu. O ile jeszcze wczoraj po prostu nienawidził Scoia'tael, to dziś byli jego najzacieklejszymi wrogami i zdecydowanie najgorszą zarazą, jaką przyniosły konflikty międzyrasowe.
- Mordować się zachciało suczym synom, ba, i to za co! "Za wolność!” - drwił w myślach Sigmund. - A kto im, za przeproszeniem, czegoś wzbrania? Niech siedzą nieludzie parszywe po lasach, górach i jaskiniach skoro dali sobie wyrwać każde znaczące miasto. Bodajby to szlag trafił, że i Temerię grabić im się zachciało. Kto by pomyślał, że Kaedwen jest za ciasne dla tej gówniarzerii. Tam mogliby sobie hasać do woli z henseltowym wojskiem, ale nie! Takim to zawsze mało! Ot i masz babo placek… Tym właśnie sposobem kurwi miot musiał mnie, bogom ducha winnego, w niezłą kabałę wplątać – użalał się nad sobą, a jego okrągła twarz ukazywała cały wachlarz emocji: od skrajnej rozpaczy przez bezradność do niepohamowanej wściekłości. - Oby zeżarł ich szkorbut, oby zjadły pasożyty, wysuszył głód, pochłonęły bagna, zagryzły niedźwiedzie i wilcy... - wyliczance gwardzisty nie było końca, jak też nie kończyła się podróż wartowników do celu.
Strażnicy przeciskali się przez przerażoną, rozhisteryzowaną gawiedź. Gdy dotarli na plac ich oczom ukazał się makabryczny widok. Umazani krwią grasanci wymordowali wielu cywili, zanim żołnierze zdążyli zareagować i przyjść ofiarom ataku na pomoc. Teraz zaś bojownicy sami otrzymywali niezgorsze razy od obrońców miasta. Tak czy inaczej stos trucheł rósł na bruku. Ciała mieszkańców Wyzimy leżały tuż obok tych należących do żołnierzy, a konsekwentnie zaczęły do nich dołączać również zabici nieludzie. Wypływająca z nich wszystkich jucha tworzyła już nie pojedynczą plamę a płytkie, czerwone jezioro pochłaniające kolejne połacie bruku. Sigmund nigdy czegoś takiego nie widział, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Już zamierzał ryknąć komendę do ataku, gdy na jednym z ustawionych w szeregu krasnoludzkich wozów ujrzał gnoma o nikczemnej - nawet jak na tę rasę - posturze i rozwichrzonej, siwej czuprynie. W lewej ręce trzymał jabłko, które zajmowało niemal całą jego uwagę. Jadł ze smakiem i bez większych emocji oglądał bezładną rzeź w sercu Wyzimy. Podniósł prawą dłoń do góry, skinął na strażników w niemal uprzejmym pozdrowieniu. Ci zaś kompletnie zbaranieli: zatrzymali się, rozdziawili gęby. Sigmund był już gotów coś wydukać, gdy nagle przypomniał sobie pewien list gończy rozwieszany ochoczo na poczytnych tablicach miast Temerii przez Straż Krain. To był on: Ulav, wiewiórkowy konsul chędożony, takaż jego mać.
- Brać go! – huknął, a jego towarzysze natychmiast ruszyli do ataku.
Gnom jakby tylko na to czekał. Mrugnął szpetnym okiem, podniósł rzyć z wozu i zaczął uciekać. Niewiele myśląc żołdacy podążyli za nim, pozostawiając za plecami plac Wyzimy i Scoia'tael związanych walką z ludnością oraz żołnierzami.
Wiodąc strażników wschodniej bramy za konusem, Sigmund był przekonany, iż napastnikom poradzą halabardnicy, którzy niezwłocznie po wybrzmieniu alarmu najpewniej uformowali szyk i zmierzali na ratunek miastu prosto z garnizonu. Sam zaś wierzył, że po tak dotkliwym błędzie podczas rutynowej kontroli kupieckiej karawany otrzymał od losu bezpowrotną szansę uniknięcia oczywistego stryczka za wpuszczenie za bramy miasta zgrai morderców. Musiał tylko pochwycić bądź uśmiercić jednego z dowódców owej hanzy. Wyraźnie widział, jak Ulav ogląda się za siebie, kluczy uliczkami. Nie mógł zgubić go z oczu ani na chwilę. Sapał, utyskiwał, ale uparcie poganiał towarzyszy do zaciekłej pogoni za tym jakże cennym rzezimieszkiem.
W taki oto sposób gnom doprowadził strażników aż do jednego z zaułków w cieszących się złą sławą, wyzimskich slumsach. Ubogie, wymagające natychmiastowej konserwacji budynki niemal przywierały do południowo-zachodnich murów miasta. Przez większość dnia skąpane były w przytłaczającym cieniu i wyglądały po prostu żałośnie. Tutaj nie dotarły zamieszki, lecz miejscowa czerń zachowawczo pozapadała się w swoje cuchnące nory. Nie było widać nikogo innego prócz ściganego i grupy strażników. Względna cisza dzwoniła w uszach, a do nozdrzy docierała przykra woń wszelkiego paskudztwa, jakie mieściły ciągnące się w podziemiach, zalane ściekami korytarze.
Sigmund przystanął na ciężkiej klapie wiodącej w głąb kanałów miejskich, pośrodku wąskiej uliczki osadzonej między okolicznymi ruderami. Patrzył wprost przed siebie. Obserwował karłowatego hultaja z szerokim uśmiechem, ukazującym wszem i wobec znaczne braki w uzębieniu. Wyglądało na to, że Ulav szuka innej drogi ucieczki ze ślepego zaułku.
- Mam ci ja gagatka, już go nie wypuszczę - myślał, roztaczał kolejne plany na przyszłość. - Wcześniej pewnie powlekliby go na powrozie aż do Drakenborgu, ale po zbrodni, którą popełniło dziś w Wyzimie komando, król nie przepuści miastu krwawej egzekucji, na jaką zasługuje. Za straty i gwałty należy się odwet, a miejscowi uwielbiają bezczynnie oglądać akty przemocy na bandytach. Tak było od zawsze, tak jest teraz, nic się nigdy nie zmieni i nikt temu nie zaprzeczy. Temerczycy kochają brutalne rozrywki, jak to prości i uczciwi ludzie, a konus zawisnąć winien na środku placu razem z resztą rudych zwyrodnialców. Chociaż… jakby się lepiej zastanowić, obwiesić by ich trzeba dopiero po jakichś wymyślnych torturach. Już pan małodobry będzie wiedział, jak się nimi zająć. Za szybko umrzeć nie mogą! – sierżant pokiwał głową, utwierdzając się w przekonaniu o słuszności własnych przewidywań. - Tak właśnie musi się stać, a mój oddział doprowadzi do ujęcia niebezpiecznego grasanta. Zasłużymy się, ja się zasłużę. Velerad nie dość, że nie strąci mi karku, to na pewno złotem obsypie. Ha, a kto wie? Może Miłościwie Panujący włości jakie nada, szlachectwem obdaruje, herb obrać nakaże? Ujrzą wtedy paniczyki temerskie, co znaczy ród Sigmunda! Nasz czyn rozsławi wyzimską straż, rekruci zapełnią koszary, a ja… Czemuż by nie?! Ja będę dowódcą!
Towarzysz szturchnął go nagle, wytrącił z zamyślenia.
- Co ty tak stoisz, Sigs? A my z tobą jak stado baranów. Patrz no – wskazał gnoma paluchem. - Trafił nam się okaz jak ta zerrikańska dziwka w podmiejskim burdelu. Pamiętacie ją dobrze, hę? - zarechotał krótko widząc, że towarzysze kiwają głowami uśmiechając się obleśnie. – No, ale dziewki będą później. Teraz bierzmy łachudrę za kark i kończmy ten cyrk zamiast mitrężyć, bo się nam wywinie.
- I gdzie niby pójdzie, durny ty głąbie? Jest w potrzasku - wściekły Sigmund nie powiedział tego głośno, ale w duchu musiał przyznać przedmówcy rację. Ulav był nieprzewidywalny i cwany jak piskorz, choć przecież w tej swojej wojence rozdmuchanej na wyświechtanych ideach smarkaterii musiał czasem się mylić. Nawet jeśli teraz znajdował się w dość nieciekawym położeniu, nie można go było lekceważyć - co to, to nie.
- Okrążym go i weźmiem sposobem. To tylko jeden wątły kurdupel więc nie bójta się, poradzimy! - Sigmund uderzył się w pierś, a wygrawerowane na kirysie lilie temerskiego herbu odezwały się głuchym dźwiękiem.
Ruszyli niespiesznie i ważyli każdy krok jak na polowaniu: metodycznie zapędzali zwierza w pułapkę, a przynajmniej tak im się wydawało. Dopiero wówczas, gdy już byli pewni, że ścigany nie ma dokąd uciec albowiem z każdej strony otaczały go kamienice i majaczące za nimi miejskie mury, strażnicy zrozumieli swój błąd. Usłyszeli za plecami krótki śmiech. Kiedy spojrzeli za siebie okazało się, że jedyną drogę powrotną odcina im niewielki oddział Scoia’tael: trzech elfów i czarnowłosa elfka o naznaczonym bliznami obliczu. Wszyscy dzierżyli bronie drzewcowe i mierzyli wprost w żołdaków. Sigmund nie miał pojęcia skąd wypełzły te łachudry. Stracił Ulava z oczu i w zasadzie zapomniał o jego istnieniu, jak i o tym, co nakazało mu poprowadzić oddział gwardii aż tutaj. Czuł, że jego ciało nieco drży (choć tak naprawdę trząsł się bez opanowania), ale przecież wcześniej poprzysiągł sobie umrzeć z godnością. Był spocony pościgiem, sfrustrowany i wystraszony. Nawet nie spojrzał na towarzyszy, którzy zamilkli zupełnie. Głos ugrzązł mu w gardle do tego stopnia, że nie był w stanie dodać im otuchy ani zachęcić do walki. W teorii mieli przewagę, było ich przecież w sumie sześciu. Znali wojaczkę - służyli wszak jako strażnicy Wyzimy - ale potrzebowali sierżanta z prawdziwego zdarzenia. Niestety nie okazał się nim Sigmund. Był tchórzem i idiotą, a nie dowódcą. Teraz rozumiał to doskonale, lecz co to mogło zmienić? Czasu cofnąć nie potrafił, podobnie jak nie umiał przywrócić kompanom sił po gonitwie za konusem, w ciężkim uzbrojeniu. Odczuwał bezbrzeżną rezygnację, ale wbrew sobie pochwycił halabardę tak mocno, że zbielały mu knykcie.
- To tylko paru obdartusów – wydusił w końcu. Powtarzał te słowa pod nosem jak mantrę, lecz zamiast wreszcie w nie uwierzyć kompletnie pozbył się złudzeń. Przeczuwał co się zdarzy. Był wściekły, bo oto zamiast zobaczyć teraz przed oczyma całe swoje – krótkie i nieciekawe, ale w gruncie rzeczy niezłe - życie, nie mógł dostrzec nic innego jak tylko te przeklęte Wiewiórki. Najgorsze było jednak to, że poznawał owe parszywe facjaty znane z listów gończych od Jarugi po Buinę. Niemal wstrzymał oddech, kiedy taksował ich po kolei znużonym wzrokiem.
Równie dumne, co groźne oblicze jednego z napastników skierowane było wprost na żołnierzy. Sigmund nie wiedział, czy zbir szacuje siły, czy rzuca im nieme wyzwanie. Proste, białe kosmyki jego włosów dotykały ramion ukrytych pod skórzanym kaftanem. Nosił tylko lekką zbroję, a odsłonięte fragmenty atletycznego jak na elfa ciała pokrywały mu rozliczne tatuaże. W dłoniach trzymał trójząb, palcami wybijał na drzewcu rytm w niecierpliwym oczekiwaniu na potyczkę. Tuż obok niego stał kolejny bojownik o wolność. Głowę wygoloną miał z jednej strony, jak gdyby celowo odsłaniał światu widoczną z daleka, sporą bliznę. Poskręcane w warkoczyki, srebrnobłękitne włosy przysłaniały mu połowę twarzy, lecz mimo to można było z niej odczytać fanatyczną wręcz nienawiść do ludzkiej rasy. Wydawał się z trudem hamować przed natychmiastowym atakiem. Odziany był w nieco lepszej jakości kolczugę w porównaniu do zbroi, jakie nosili pozostali. Szeptał coś do szczupłego, zielonookiego wesołka w niezrozumiałym dla Sigmunda dialekcie. Ów awanturnik słuchał uwag Aenyella i uśmiechał się beztrosko. Wymalowane na jego obu policzkach, szerokie, czarne pasy traciły harmonię wraz z każdym dziarskim grymasem elfa. Młodzian spoglądał na strażników tak, jak gdyby właśnie spotkał niewidzianych od dawna przyjaciół, lecz jednocześnie zapamiętale zeskrobywał zakrzepłą krew z ostrza włóczni.
- Banda morderców. Banda szalonych, pieprzonych sukinsynów - Sigmund splunął przez zęby bezskutecznie próbując wyzbyć się niesmaku i narastającego strachu. Nie musiał nawet oglądać towarzyszącej im elfki. Dobrze wiedział, kim była. Czuł się zawiedziony, że kostucha miała aż tyle twarzy – nie jednego, a pięciorga bandytów: Ulava, Karaksona, Aenyella, Ellinaela i... Ilane.
- Wolisz zdechnąć szybko czy przyjemnie? – pobliźniona elfka oblizała spierzchnięte usta i posłała mu pocałunek, który zmroził Sigmunda do szpiku kości. Gest był drwiący, lecz jednocześnie pełen sprzeczności. Mógł stanowić obietnicę nieskończonych rozkoszy równie dobrze jak oznaczać zapowiedź długotrwałej agonii po wymyślnych męczarniach. Chcąc nie chcąc strażnik przyjrzał się jej uważnie. Była bardzo wysoka, a na oszpeconym wieloma bliznami licu wypisaną miała tylko pogardę. Wzdrygnął się, gdy utkwiła w nim w nim paraliżująco spokojne spojrzenie szarych oczu. Nie odwracając się od obranego celu, skinęła dłonią na pozostałych Scoia'tael, a ci bez słowa ruszyli naprzód. Okrążyli strażników jak wygłodniała wataha, by naraz bez ostrzeżenia związać ich brutalną walką.
Starcie trudno było nazwać chwalebną potyczką. Gwardziści starali się stawić opór, lecz stracili część sił w pogoni, a resztki animuszu uleciały zupełnie, gdy z drapieżników nieoczekiwanie stali się zapędzoną w pułapkę zwierzyną. Ellinael zmierzył się z barczystym dryblasem. Musiał sporo się natrudzić, aby wychodzić zza zasięgu jego potężnej halabardy. Z wysiłkiem unikał przyjęcia kolejnych ciosów, a mimo to nie przestawał cicho pogwizdywać w takt kolejnych poczynań wroga. Wyczekiwał dogodnego momentu na uderzenie, szukał luki w pancerzu żołdaka, gdzie wrazić mógłby grot włóczni. Aenyell i Karakson z rozmysłem doświadczonych wojowników nie pozwolili czterem strażnikom stworzyć obronnego szyku. Wtargnęli pomiędzy nich, a towarzyszące elfom impet i finezja wywołały wśród żołdaków zamieszanie. Obaj hałłakowali wniebogłosy zupełnie nie przejmując się, że ktoś mógłby usłyszeć barbarzyński zew wznoszony wewnątrz murów temerskiej stolicy. Sigmund oglądał ów przykry obrazek i przez chwilę zastanawiał się, czy to dzieje się naprawdę. Zdawał sobie sprawę, że jego ludzie - jak i on sam - nie doświadczyli wcześniej takiej zuchwałości, ale nijak nie mógł im pomóc. Broń przeciwniczki ze świstem przecięła powietrze tuż przed jego nosem. Nie był w stanie wesprzeć żołnierzy, bo sam walczył teraz o przetrwanie. Bardzo sobie życzył, by ta czarnowłosa okrutnica odstąpiła od niego albo okazała się niewprawna w boju. Jakże marzył, żeby smagnąć ją halabardą i posłać w otchłań do wszystkich czartów, skąd najpewniej pochodziła. Nic takiego jednak nie miało się zdarzyć. Zdecydowane i metodyczne wymachy kosą dzierżoną przez Ilane nie pozostawiały człowiekowi złudzeń. Z chłodną konsekwencją sięgała po jego żywot, a z każdym spóźnionym unikiem i chrapliwym oddechem przeciwnika wąskie usta elfki coraz bardziej odsłaniały lekko zaostrzone, przeraźliwie białe zęby. Uśmiech na dobre zagościł na twarzy kobiety, gdy wreszcie krótkim zwodem zmyliła wroga i bezceremonialnym uderzeniem podcięła mu nogi.
Sigmund odczuwał ból w całym ciele, gdy jak długi runął na ziemię. Ciężka zbroja miast osłoną była teraz jedynie niemożebnym więzieniem dla jego stłuczonych kości. Stęknął głucho, dziwne mrowienie przeszyło go wzdłuż kręgosłupa. Dzwoniło mu w uszach z oszołomienia, ale szybko powrócił do świadomości otrzeźwiony jękiem mordowanych towarzyszy. Poczuł dotyk jakiejś mokrej substancji z lewej strony potylicy. Odruchowo spojrzał w tamtym kierunku, lecz szybko tego pożałował. Jeden z jego ludzi leżał tuż obok, z korpusu sterczał zanurzony weń trójząb. Oprawcą okazał się, a jakże, ów białowłosy elf o fizjonomii ekstrawaganckiego buntownika. Z bliska jego gęba była wcale przyjemna, posągowa wręcz. W innej sytuacji Sigmund przyglądałby się tatuażom grasanta z nieskrywanym zażenowaniem, ale teraz wcale o tym nie myślał. Widział, że Karakson nawet nie spojrzał na pokonanego, a tylko oparł nogę o tężejące ciało i energicznie wyszarpnął broń uwalniając z ust ofiary jeszcze większy strumień krwi. Już wcześniej cienka strużka dotarła do Sigmunda, naznaczyła go szkarłatem w oskarżającym geście – wskazała winnego, a przynajmniej on to tak odbierał. Chciał stęknąć z rozpaczy, ale nie zdołał. Gardło ściśnięte miał niewidzialną obręczą niemocy. Urywane nagle jęki i gasnące odgłosy walki podpowiadały więcej, niż pragnął wiedzieć. Wystarczyła mu świadomość, że był wszystkiemu winien. On, tylko on. Musiał z tym żyć, choć na szczęście już niedługo. W tej chwili kostucha wydawała mu się wybawieniem od wyrzutów sumienia, które przygniatały go z mocą kamiennej lawiny.
Gdy zawisł nad nim cień przeciwniczki Sigmund zrozumiał jeszcze, że kolejny raz ogromnie się pomylił. Jego śmierć przybrała bowiem tylko jedno oblicze i należało ono do bezlitosnej elfki, na którą za nic nie chciał spoglądać. Dlatego też wbrew temu co miało zaraz nastąpić, uniósł oczy ku czerwonemu od zachodzącego słońca niebu i wpatrywał się w nie uparcie. Był to ostatni widok, jaki towarzyszył ambitnemu strażnikowi wschodniej bramy Wyzimy. Kilka uderzeń serca później Ilane odebrała mężczyźnie życie wprawnym, głębokim dotykiem ostrza kosy przesuwającym się niespiesznie, pieszczotliwie niemal po jego gardle.
Ostatnio zmieniony 25 wrz 2019 12:12 przez Diriana, łącznie zmieniany 2 razy.
..And I felt I was in a trance and my spirit was lifted from me...

Ulav
Posty: 317
Rejestracja: 27 wrz 2009 00:44

Re: Odcienie Czerwieni

Post autor: Ulav » 06 sie 2019 13:00

Pyszne <3

ODPOWIEDZ