Pewne podanie do gildii.

Forum Logi i Opowieści.
Balkrag
Posty: 126
Rejestracja: 24 cze 2016 07:34

Pewne podanie do gildii.

Postautor: Balkrag » 25 paź 2016 12:29

Jako ze juz nie kroczy Balkrag po tym swiecie na pożegnianie wrzucam jego podanko :) sie komus spodoba moze i milo spedzi przy tym 5 minut zycia.
Nie jest to nie wiadomo co, pisane na spontanie, moze byc mase bledow jaki i interpunkcyjnych tak i stylistycznych.
Ale tak wlasnie ma byc.

====
P.S. DLA wlasnego dobra WERBAT NIE CZYTAJ :) !

====

GDzIes na PolnocY oD PRzeleczY szczYToW

Wszedzie wokol pietrzyly sie gory czesto, gesto porozrywane rozpadlinami i osuwiskami. Jak okiem siegnac kamienie, glazy, strome zbocza i spogladajace niczym giganty szczyty gorskie. Mimo lata snieg nie zdazyl sie jeszcze roztopic, kolderka bialego puchu poprzetykana byla kepkami trawy i wyzierajacym tu i owdzie mchem. Nie byly to juz niedostepne i zapomniane gory wysokie, gdzie snieg spoczywal caly rok, a wiatr sciskal wszystko swym lodowatym dotykiem. Posrodku tego wszystkiego wila sie opadajac niczym wielki waz waska sciezka, a kroczyl przez nia samotny krasnolud. Masywne plecy i ramiona otulalo niedzwiedzie futro, a solidne skorzane spodnie i szerokie buciory opinaly dol ciala chroniac przed przenikliwym zimnem. na futro opadaly dlugie, krwistoczerwone wlosy pokryte zastarzala krwia przeciwnikow.. Bujna gesta plomiennoczerwona broda zakrywala praktycznie w calosci napiersnik ktory pod nia sie znajdowal siegajac niemal spodni. Spod futra w rytmicznym ruchu wyzieralo i chowalo sie jedynie mocno umiesnione ramie, a w wielkiej zacisnietej lapie spoczywal srebrzysty kanciasty dwurecznym mlot bojowy. Jego korpus opinal stary zardzewialy zebrowany napiersnik, na owym spoczywal naszyjnik z niedzwiedzich klow ktory byl swiadectwem iz bitny i nieugiety z niego dawi.
W uchu zas wbite bylo masywne mosiezne kolucho za to brew srebrnym cwiekiem przebita zostala.
Podrozowal tak juz niemal tydzien schodzac to w coraz nizsze ostepy gorskie. Jako ze znal te tereny kierowal sie w strone starej opuszczonej straznicy gdzie moglby ochronic sie przed lodowatym nocnym wichrem. Gdy wylonil sie zza jednego z wielu zakretow, jego oczom na przeciwleglej polce skalnej ukazal sie wiszacy trap przerzucony przez rozpadline oraz niewielka krasnoludzka osada. Ktos musial tu osiasc wzglednie niedawno gdyz w zakamarkach swojej pamieci nie przypominal sobie takowej na tej drodze. Zreszta takie osady powstawaly i upadaly szybko i czesto w Gorach Kranca Swiata, jedni zyli w odcieciu od otaczajacego ich swiata inni zyli z handlu z czleczynami. Naogladal sie ich wiele przez swoje lata zycia. Ledwie pare chat, niewielki ostrokol, parenascie rodzin z dziatwa, nie mial zamiaru przerywac im ich spokojnego zycia czy tez prosic o schronienie i wikt. Czul jakby jakowa klatwa krok w krok za nim podazala, gdzie sie nie pojawial cierpieli inni,
tuz za nim niczym oddech na karku wisieli mu plugawi wyslannicy Mrocznych Bogow.
Od lat byl w ciaglym ruchu przemierzajac swiat co rusz scierajac sie jak nie z grobimi to z wiecznie przesladujacym go oddechu Khorna.
Gdy zostal dojrzany przez krasnoluda pelniacego warte rozbrzmial dzwon alarmowy, ktorego echo ponioslo sie po gorach. Minelo prawie pol ong nim dotarl w poblize trapu. naprzeciw wyszedl mu krotkobrody barylkowaty krasnolud, widac bylo ze nie wkroczyl jeszcze w wiek doroslosci.
- Obcy, starszyzna wioski wzywa cie przed swe oblicze - rzekl spogladajac chlodno na przybysza
Prowadz - mruknal jedynie Balkrag
Kiedy wkroczyli do wioski, przywitalo ich male zbiegowisko, Balkrag powiodl po ich twarzach widac bylo strach. Na przedzie stala dojrzala dorodna krasnoludzica w luznych szatach, lico miala wyniosle, a palacy wzrok taksujacy go wstrzasnal nim. Mial ochote zapasc sie pod ziemie, a juz na pewno nie mial ochoty sie z nim mierzyc. Czul sie upokorzony
Pani - - steknal, lekko uginajac kark
- Zaiste wojowniku, twa obecnosc tutaj w owym momencie nie jest przypadkiem, Bogowie przodkowie nam cie sprowadzili w godzinie potrzeby. swiadczy to o ich lasce i przychylnym spojrzeniu na nasza mala spolecznosc… – rozposcierajac szeroko ramiona - nie lubie mitrezyc czasu, wiec przejde od razu do rzeczy. Zajmujemy sie wypasaniem owiec na pobliskich terenach, jednak nie dalej jak pare dni temu. zaczely nam one ginac, najpierw sztuka tu, sztuka tam, nastepnie zginelo pol stada i jego opiekun. Wyslalismy o switaniu trzech by sprawdzili coz sie wydarzylo, zmierzch za pasem, a dalej nie powrocili. Obawiam sie najgorszego - zawiesila glos - iz wiecej o nich nie uslyszymy. a teraz zjawiasz sie ty. Chce bys jezeli nie wroca do switu, ruszyl ich tropem, sprowadzil calych i zdrowych lub pomscil. Tej nocy mozesz obozowac na naszej stanicy. - odwrocila sie i odeszla
W slad za nia rozeszli sie praktycznie wszyscy ze zgromadzenia zajmujac sie swoimi sprawunkami. Na srodku wioski palilo sie sporych rozmiarow ognisko. Przycupnawszy przy ogniu Balkrag podniosl kijek i poczal rozgrzebywac zar, zamyslony.
Wilki? Gobliny? Orki? Trolle?Ogry? Pasa owce, a potem sie dziwuja ze to przyciaga wszelakie wyglodniale stworzenia z najglebszych odmetow pieczar, coz chociaz ognia nie poskapili, dzis Balkragu wypoczniesz w cieple jak za dawnych dni. nim
Opatulil sie ciasniej futrem, jego umysl zalaly odlegle wspomnienia


80 lat wczesniej

Twierdza Karak Kadrin teren zajmowany przez Klan Khazak Khrum cechu kamieniarzy posiadlosc Grumma Warikssona…
Thorgim Altrommi klanu Khazak Khrum, Tarczownik twierdzy Karak Kadrin zawezwany stal przed drzwiami komnaty swego ojca czekajac, az odprawi swego goscia. Drzwi nagle sie otworzyly, a z nich wyszedl czleczyna lysy jegomosc ubrany byl w szare ciezkie szaty, ktore spiete w pasie byly jeno sznurem. Na szyi obcego wisial lancuch na ktorym wisial znak komety o dwoch ogonach. Thorgim z pobieranych nauk pamietal ze to znak Sigmara Mlotodzierzcy tego co uratowal krola Kurgana w nagrode otrzymujac dozgonna przyjazn jego ludu oraz Ghal-maraza. Od wiekow czcili go ludzie z Imperium jako boga przodka. czleczyna tak szybko jak sie pojawil tak tez szybko zniknal za rogiem i tyle go widzieli. Krasnolud odprowadzil wzrokiem przybysza, a nastepnie wkroczyl do komnaty ojca. Sala nie byla nader duza ani obfita raczej dominowal w niej surowy styl, ot loze, masywne biurko wykute z kamienia na ktorym spoczywaly przerozne pisma. Wesolo plasajacy plomien swiecy byl jedynym zrodlem swiatla tutaj, spoczywajac na blacie rzucal po scianach zlowrogie cienie. Dalo sie dojrzec iz na polnocnej sciance staly dwie duze skrzynie, w rogu za to miescil sie stojak na zbroje i bron.Za blatem siedzial tlusty, lysawy krasnolud, patrzac na obfitosc jego dlugiej brody musial wkrotce osiagnac drugi wiek zycia zwal sie Grumm Wariksson pochloniety sporzadzaniem jakiegos dokumentu . dziergal cos po koziej skorze piorem mruczac cos do siebie pod nosem, syn spoczal na krzesle naprzeciwko Grumma.
- Ojcze, wzywales mnie - stukajac niecierpliwie palcami w blat stolu
Unioslszy wzrok znad stosu dokumentow, ojciec chrzaknal lekko
- Aye, synu - postawil ostatni znak na pergaminie i dmuchajac lekko na pismo by poczelo szybciej schnac . Pergamin odlozywszy na bok, wyjal nabita niedopalona fajke i odpalil ja od swiecy i wypuscil pare kolek – Tylko to mi pozostalo, papiery, liczenie i moja wierna fajka, ale nie zawsze tak bylo. Thorgimie, byly czasy ze twoj ojciec nim bogowie przodkowie ciebie nam zeslali na ten swiat, chodzil w boj w pierwszym szeregu. Wycinal plugastwo na poddrogach, odpieral wroga broniac przeleczy szczytow, bral udzial w wyprawach krola Ungrima Zelaznej Piesci. Byl wojem z krwi i kosci! - uderzyl piescia w stol mocno pobudzony, nastepnie sapnal i opadl z powrotem na krzeslo - I coz z tego ze sila ramion pozostala, dusza sie rwie teraz wladac moge jeno piorem. - w glosie dalo sie wychwycic nute zalu - Pieprzony skaven zranil mnie zatrutym ostrzem, zakazenie, gangrena musieli ciac ! ledwom wyzyl, a teraz masz na falujaca brode Grimnira kikut zamiast nogi wygladam jak jakas pieprzona pacynka - splunal na ziemie z odraza. - I mowie ci synu…
Thorgim sluchal cierpliwie i hamowal sie by nie sapnac z rezygnacja, ilez to juz razy… znal to na pamiec… Milowal ojca calym sercem, ale im starszy byl tym bardziej zapadal sie w przeszlosci...
- A wzywales mnie bo? - spojrzal pytajaco Thorgim sprowadzajac tym samym ojca do czasu terazniejszego chociaz na krotka chwile
- A tak, tak - rzekl wyrwany z oracji - Udasz sie do Altdorfu, masz tutaj szesc dokumentow wszystkie z pieczecia naszego klanu. Trzy z nich z czarna pieczecia dostarczysz do naszej placowki w Altdorfie i oddasz bezposrednio w rece Karguna Morgrissona, kolejne trzy z czerwona pieczecia do pralata Wielkiej Katedry w Altdorfie. Jednak to tylko jedno z zadan jakie ci starszyzna przydzielila. Mamy szanse na wielki kontrakt z Katedra Sigmara bardzo prawdopodobne ze bedziemy stawiac siec ufortyfikowanych swiatyn na polnocnych rubiezach imperium, zloto poplynie niczym piwo z beczki. – usmiech nie schodzil z Grummowego lica - Kolejne rozgrywki Katedry Sigmara i Ar- Ulryka, nigdy nie jest dobrze gdy wiara miesza sie z polityka, wladza i wplywami ale to rzecz czlecza juz nie nasza.- skwitowal
- By umocnic wiezy i przypomniec o sojuszu krasnoludow z czleczynami, ruszysz jako przedstawiciel naszej rasy i klanu na wyprawe po jakis wazki relikt zwany Kielichem Sigmara, podobniez nieprawdopodobna moc w nim zostala zakleta. Dolaczysz do niejakiego brata Hieronima lamberta, ktory przewodzi tej wyprawie. W annalach ma stac ze krasnoludzka rasa ramie w ramie z Zakonem Sigmara odzyskala ten artefakt. Pralat bedzie w wniebowziety co ulatwi nam znacznie negocjacje.- zakonczyl zacierajac wesolo rece
- Bedzie jak kazesz ojcze, niezwlocznie rozpoczne przygotowania do podrozy – kiwnal pewnie glowa Thorgim, chowajac dokumenty do tuby i zamykajac ja. skierowal sie ku wyjsciu gdy dobiegl go jeszcze glos ojca
- Jak Amandytowy mlot sie spisuje synu? To najcenniejsza relikwia naszego rodu dumny jestem ze moglem ci go przekazac, dzierzylem go ja, dzierzyl go moj ojciec i jego takze. Mam nadzieje ze takze ty doczekasz iz kiedys bedziesz mogl go przekazac swojemu synowi Balkragowi. a to przypomina mi o pewnej sprawie, na czas twej nieobecnosci otocze opieka zone twa Brenne z twym pierworodnym- stwierdzil pewnie
- Tak ojcze - odpowiedzial Thorgim, pospiesznie wychodzac z komnaty


Raz snieg oblepil gesciej nizsze partie gor i raz ow stopnial, nikt juz nie zywil nadziei ze ktokolwiek powroci z owej misji zyw.
Grumm siedzial zasepiony, a jego biurko pokryte bylo gesto porozrzucanymi raportami,badal wzrokiem najswiezszy dostarczony dzisiejszego dnia.
Naprzeciw niego siedzial ognistobrody krasnolud z ponura mina, a tuz obok pucolowata
krasnoludzica Brenna ze swym dzieciem na rekach..
Kuzyn ze strony Brenny Khazzor najemnik z Kompanii Wolfenburgskiej przybyl dzisiejszego dnia z raportem od ich Kapitana ktora zostala sowicie oplacona z Grummowej kiesy.
Zmarszczone czolo krasnoluda analizowalo po raz dziesiaty zamaszyste rozwlekle pismo wyrywkowo wylapujac najwazniejsze informacje.
Od kiedy druzyna zatopila sie w gestych ostepach lasu cieni slad po niej zaginal, nie powrocil ni Kielich Sigmara ni nikt z wyprawy. Cztery dziesiatki wytrawnych wojownikow rozplynelo sie niczym mgla i slad po nich wszelki zaginal.




Zwiadowcy donosza iz wyprawa wkroczyla w las cieni od strony malej wioski Krausnik
Pierwsze starcie odbylo sie na skraju lasu tuzin zmutowanych wilczych stworow, ktore nekaly pobliskie czlecze siedliszcze zostalo rozniesione na strzepy, jedynie jedno bezglowe czlecze cialo wrzucone w zarosla zdradzalo z kim ta walka toczona byla.
Potezne szczeki musialy zacisnac sie z tytaniczna sila na karku mezczyzny i jednym gwaltownym szarpnieciem oderwaly glowe od reszty ciala. Kregoslup pekl jak zapalka.
Dlugie, liczne kly zdobiace potezne pyski, przewlekle mutacje, zaprzeczaly wszystkiemu, co w swiecie zwierzat bylo uznawane za norme. Rozmiarem bestie rowniez imponowaly i byly znacznie wieksze od nawet najbardziej wyrosnietych przedstawicieli gatunku psowatych. swa masa mogly dorownywac roslemu knurowi, a byly znacznie dluzsze od nich; z pyskiem zdolnym zmiescic w swym wnetrzu ludzka czaszke.
Krausnik juz nie istnialo zostalo wypalone do golej ziemi.Zgnilych truchel bylo mniej nizli pozostalosci po chatach po czym sadzic mozna ze czesc wiesniakow zostala uprowadzona, tym bardziej ze wiesci nie rozniosly siem po Ostlandzie o tym co spotkalo ten zapomniany przez Bogow zakatek. Oddzial zwiadowczy przemierzajac las w poszukiwaniach latwo natrafil na trase ktora przemierzali, raz ze las na niewiele drog pozwalal dwa pozostalosci po obozowiskach nie moglby ujsc przed ich wzrokiem.
Drugie starcie odbylo sie piec mil dalej w glebokich ostepach Lasu Cieni za rozpadlina przez ktora przerzucony zostal most linowy.Przekleta polana na ktorej stalo gigantyczne drzewo,konary wiekowego debu uginaly sie pod ciezarem kilkunastu rozczlonkowanych i obdartych ze skory pozostalosci cial.Prawdopodobnym jest iz taki los zgotowany zostal wiesniakom z Krausnik. znac bylo stare slady ucztowania na poleglych. Cala polana uslana bylo gesto trupem conajmniej dwie dziesiatki minotaurow, trzy dziesiatki gorow, i niezliczona ilosc ungorow tu zaiste musial odbyc sie heroicki boj.
Trupy weteranow, ktorych naliczylismy dwie dziesiatki zostaly ulozone na stosie i spalone.
Truchla nie spalily sie calkowicie widocznie co raz przechodzacy deszcz przygasil nieco plomienie co dalo szanse zwiadowcom wywnioskowac czy ow krasnolud padl w tym boju.
Jednakoz zaden trup nie nalezal do poszukiwanego.
Zwiadowcy wnioskuja iz wyprawa kroczyla tropem sporego oddzialu zwierzoludzi ktorzy zgotowali nedzny los wspomnianej wiosce i jeszcze gorszy jego mieszkancom.
Do czasu az oddzial natrafil na popas hordy zwierzoludzi wesolo ucztujacych na niewolnych pochwyconych z wioski i natarl z pelna furia.
Okolica wydawala sie pokryta przekleta magia, truchla nie gnily, krew nie wsiakala w glebe.
zwierzoludzie uszli w glab lasu,a oddzial ich tropem.
Kolejny swit i noc kroczyli za sladami ciagle posuwajacych sie w przod zwierzoludzi mijajac kolejne obozowiska wyprawy. nie mieli szans dogonic siersciuchow jezeli takowy mieli zamiar.
Byli juze tak gleboko w Puszczy iz slonce przestalo przebijac sie przez korony drzew, las wydawal sie jak wymarly ni jeden ptak nie zaswiergotal.
Mroczne czarostwo nad ta okolica panowalo.
Kolejny dzien caly zwiad kroczyl w glab puszczy, mijajac przedziwne cuda jak zarloczna
miesozerna roslina rozpostarta na mile w kazda ze stron plujaca trujacymi kolcami.
A w swych objeciach trzymajaca bez wyjatku kazdego kto sie natrafil na jej macki.
Zwiad stracil pieciu ludzi nim spalili to plugastwo.
W koncu dotarli na wrzosowiska na samych ich srodku staly fortyfikacje.
Goboczujka skladala sie z samotnego fortu, zwanego straznica, ktory ulokowany byl na szczycie wzgorza. otaczaly go dwa pierscienie murow. Zewnetrzny byl wykonana z wysokich bali. Pierscien wewnetrzny, znajdowal sie najblizej straznicy i byl najstarszym obiektem calego kompleksu, choc po ataku pozostaly po nim ledwie strzepy murow. To wlasnie miedzy zewnetrznym, a wewnetrznym pierscieniem fortyfikacji udalo sie zatrzymac fale najezdzcow, choc nie na dlugo.Po przejsciu przez strzaskana brame, bohaterowie trafili na wzglednie pusty teren, na ktorym wciaz dalo sie dostrzec pozostalosci po bitwie. ograbione z uzbrojenia i innych przydatnych przedmiotow szczatki zwierzoludzi. Ich zastygle w przedsmiertnej agonii zwloki byly obgryzione przez padlinozercow do kosci..
Widok dziesiatek martwych zwierzoludzi dawal do myslenia, jednak kierowali sie do celu. Parli przed siebie, w strone wewnetrznego pierscienia.
Po przejsciu przez zawalone mury, zwiadowcy trafili na waski dziedziniec, ktory otoczony byl z kazdej strony chylacymi sie ku upadkowi murami. Przed nimi znajdowal sie wysoki na kilkadziesiat metrow fort, ktory przypominal swym ksztaltem bardzo szeroka wieze.
W niej takze wrota zostaly rozbite w drobny pyl. Tutaj juz ciala mieszaly miedzy trupami
poszukiwanej wyprawy, a zwierzoludzmi czesto splatanymi w smiertelnym uscicku,
smrod rozkladajacych sie cial byl obezwladniajacy.
Jak widac tutaj wyprawa zostala zaprowadzona jak po sznurku, a nastepnie otoczona
i wybita.
Jednak nic nikogo nie przygotowalo na widok w srodku wiezy.
W holu wisialo rozpostarte na linach, ktore byly przymocowane do kolumn obdarte ze skory cialo Kaplana bitewnego.Na krwistym kawale cielska wisial zloty lancuch w ksztalcie komety jako swiadectwo komu przyszla w udziale nastraszniejsza meka. Nogi do kolan byly czesciowo nadjedzone a platy miesa zwiasaly luzno
U jego stop stala wielka misa pelna krwi, a przed nia maly podest.
ziemia uslana byla znakami chaosu, mozna jedynie podejrzewac iz odbyl sie
tu jakowy plugawy rytual.Ciala krasnoluda nie odnaleziono.


Kapitan Uwe Knuft


Nie zdarzywszy doczytac ostatnich slow wszystkich obecnych zaskoczyl halas i szczek oreza
dochodzacy zza masywny drzwi.Khazzor zerwal sie z krzesla na rowne nogi. Po ledwie mrugnieciu okiem slychac bylo jeno charkot i wszystko ucichlo, kolejne uderzenie serca, a drzwi z impetem zostaly wywarzone zrywajac sie z zawiasow.
Pechem Khazzora bylo to ze stal na ich drodze, biedak przyjal caly impet na siebie.
Gruchnely mu w pysk z nieprzyjemnym gluchym hukiem nokautujac i przygniatajac swoja masa.
Otulona plaszczem niska krepa postac w przylbicy z maska Grungniego przekroczyla prog, z gardzieli wydobyl sie nieprzyjemny warkot. Dluga broda wynurzala sie spod maski.
W tle znac bylo okrwawione sciany i dwa trupy straznikow lezace przed wejsciem.
Kim byl ow przybysz? Jak dostal sie w samo serce twierdzy nieniepokojony przez nikogo?
Jak wszedl na teren klanu bez podania hasla? I wtedy wzrok obecnych spoczal na tym
co dzierzyl w dloni. Amandytowy mlot.
Than wybaluszyl oczy zrywajac sie z siedziska, jednak przybysz byl szybszy gruchnal mlociwem w wielkie biurko posylajac w powietrze kawaly granitu. Kamienny blat podskoczyl, slychac bylo jeno lomot i ciezkie sapniecie gdy zgniotl zebra sedziwego krasnoluda przyszpilajac do ziemi.
Drewniany pieniek zamiast jednej nogi nie pomagal sedziwemu krasnoludowi nic a nic
w wykaraskaniu sie z tej sytuacji.
Trzech dawich potrzebnych bylo by umiescic go na swym miejscu. Jednak mlociwo bylo jednym z artefaktow ich rasy, potezne runy zaklete w nim nadawaly mu niebywalej mocy.
Przybysz szybkim krokiem ruszyl w strone Brenny ktora jeno steknęla z przerazenia patrzac jak wmurowana w to co wydarzylo w ledwie pare skokow serca.
Wyrwal dziecie z rak Brenny posylajac ja solidnym kopniakiem na drugi koniec sali, nieprzyjemne chrupniecie po zderzeniu ze sciana swiadczylo iz raczej kolejne tchnienie wyda juz w Salach Przodkow.
Tajemniczy przeciwnik zamruczal z satysfakcja spogladajac na lkajace dziecie. Trzymajac je w wolnej dloni zwrocil swe zainteresowanie ku Thanowi, stanal na granitowym blacie miazdzac juz i tak zgruchotane zebra Grumma. Spowodowalo to krotkie acz obfite zygniecie krwia, a nastepnie charkot. Mozliwe ze owe wlasnie przebily pluca…
Ciezki charkot wydobywal sie z gardziel Glowy klanu co rusz barwiac brode szkarlatem.
Przybysz w koncu odezwal sie unoszac maske.
Wiitaaajjj Ojczeeee - wyplul te slowa z pogardliwa odraza
Lzy podeszly Thanowi do oczu slyszac ten metaliczny syczacy glos jakby nie nalezacy do krasnoluda.
Badz przeklety Thorgimie, przeklinam cie i dzien twych narodzin - wycharczal slabo Grumm
Thorgim zarechotal ciezko.
Jego tu nie ma starcze nooo prawieee, gdy przetne ostatniaa nic wiazaaca goo s tym swiaatemm i sprowadzeee na wasss zagladeee. Dooo konca posiaaadeee jego duszeee.
Bedzieee mooojjj!!! Tylkooo mojjj! - twarz Thorgima nagle poczela sie zmieniac jakby
spod niej probowala wychynac druga wrzeszczaca przerazliwie.
Smierc nie jeest najgorssszym co mozeee was spotkaccc kurdupluuu - rzekl wesolo demon - Chcesszzzz zobaczyccc coo sieee stalooo z twoimmm synemmm? Naprawdeeee? Okazzzee ci lasssske i pokazeee ci - zasmial sie szalenczo demon


Chwycil Grumma za brode i podciagnal blizej swojej twarzy jednoczesnie pochylajac sie
Spojszz mi w oczyyy psieeee - rozkazal
Grumm mimo sprzeciwu swej woli skierowal wzrok ku czarnym oczom demona i swiat zawirowal.
Nagle spogladal na wszystko z gory niczym krasnolud patrzy na przemykajace robaki.
W jakims holu roilo sie od zwierzoludzi, wrzeszczacy potepienczo czleczyna wisial zawieszony na linach byl sumiennie i powoli na zywca obdzierany ze skory,a przy tym dwa unogry poczely odgryzac po kawalku mu stopy i lydki. Krew czleczyny lala do misy. Nieopodal Szaman zwierzoludzi kucal nad przykutym do ziemi.Szzczuply zoltooki z pionowymi na dlugosc ramienia rogami szaman,okryty jeno plecionkami ludzkich czaszek z wyrytymi nan symbolami.W jedna z czaszek wbity byl noz ofiarny w lapie zas dzierzyl promieniejecy moca kostur. Than poznal w lezacym swego syna, byl calkiem nagi, a rece i nogi rozpostarte mial szeroko. Szaman co rusz zblizal sie do misy nabieral swiezej krwi i kreslil na krasnoludzie jakies plugawe znaki. Usypane z piasku kolo wydzielalo rejon w ktorym kolejne znaki zostaly spisane. Ow bredzil cos w swoim plugawym narzeczu.
Thorgim byl okrwawiony i nieprzytomny. Szaman czynil swe uroki stukajac co rusz swym kosturem nagle zamilkl i ryknal donosnie tedy wszystkie zwierzoludzie zamilkly, bojki ustaly, wszyscy wpatrywali sie w szamana.
Wyjawszy noz ofiarny kleknal nad Thorgimem i wbil go w klatke piersiowa krasnoluda
tnac cialo i kosci. Porykujac wlozyl szpony w cialo i wyszarpnal wciaz bijace serce, znaki zaplonely zywym ogniem wznoszac sie co raz wyzej tworzac osobne wiry ognia.
Gory,Bestigory,Minotaury zaryczaly straszliwie i poczely umykac w poplochu z holu ku wywazonym wrotom.
Jeno ungory zostaly porykujac, a krwiste slepia zdradzaly postep szalenstwa. Cieknaca slina z pyskow dodawala jeno calemu obrazowi ostatniej kreski.
Szaman nie przestawal w swych porykiwaniach.
Oblakanym z bolu wzrokiem czleczyna spogladal na to wszystko jakby chcial wydlubac sobie oczy, wyl i lkal. Jakas plugawa magia mimo ran nie pozwalala mu umrzec nim rytual sie nie dokona.
Wtem otworzyl sie w powietrzu migotliwy portal przypominal pionowa falujaca sciane wody, moc rytualu otworzyla osnowe miedzy swiatami. Powietrze zgestnialo i palace wiry rozgrzewaly je do nieopisanych temperatur
Z Portalu nagle buchnela chmura czarnego dymu formujac sie w kolumne pisk tysiecy udreczonych dusz powodowal krawienie z uszu.
Wszystkim ukazala sie wysoka i poteznie zbudowana postac wielkie zakrecone rogi, pysk wykrzywiony w zwierzecym grymasie. Pod ciemnoczerwona skora znac bylo pulsulace tetnice wypelnione gesta krwia,ktora saczyla sie przez porowata skore.Demoniczym byt zaryczal ku Szamanowi stali tam w skupieniu jakby miedzy nimi odbywala sie jakowa batalia poza swiatem materialnym.
Nastepnie szaman ryknal i wrzucil serce krasnoluda z powrotem do truchla a jego sladem powedrowal demoniczny byt. Cialo zasklepilo sie a czarne oczy otworzyly sie.
Nagle obraz zawirowal i Than wrocil do swej komnaty ponownie czujac ulatujacy z niego zywot.
Nim pozwoleee ci zdechnaaaccc psie zobaczysz jeszcze jak dozynam twego ostatniego potomka twoj rod wygasnieeee kurdupluuu tak tak tak wlasnie sie stanie


Demon zblizyl iskrzacy mlot do policzka malca, dziecko zapiszczalo przerazliwie gdy wypalal mu skore. Chichoczac cofnal mlot na chwile, znac bylo krwisty slad wypalonych kransoludzkich run z mlociwa.
Than cierpial gorzej od malca nie mogac nic uczynic by go uratowac, bezsilnosc to najgorsze co moze sie przytrafic.
Dotychczas Khazzor pozostawal pod drzwiami otumaniony slyszal co sie dzieje jak w pol snie
pol jawie. Dopiero pisk malca ocucil go dostatecznie, demon skupiony na malcu czerpiacy radosc z jego cierpienia nie zwracal na nic uwagi.
Wyciagnawszy obciety garlacz krasnolud spial sie w sobie i zerwal na rowne nogi wkladajac cale swe sily odrzucajac masywne odrzwia.
Nim demon zdarzyl zareagowac wypalil prosto w potylice plugawca wyszarpnal dziecie z rak i wybiegl co sil z komnaty krzyczac o ratunek.Za plecami uslyszal okrzyk furii a w glowie zadzwieczaly mu slowa -Zdechnieszz padalcuuu,juz wkrotce, nie ukryjesz go przedemna.Wszedzie gdzie krok postawi moj oddech odczuje, ja mam czassss… ogladanie jego meki i cierpien jeno slodkossciii doda chwilom wyczeekiwaniaa nim dorwe go w swe lapska. Spamietaj me slowaaaa pokurczuuu.
Potem sprawy potoczyly sie szybko zbrojni dopadli do komnaty jednakoz po demonie nie bylo
sladu martwe cialo Brenny i Thana spoczywalo w komnacie caly Karak byl wstrzasniety wydarzeniami.
Krol byl bezlitosny gdy dowiedzial iz Thorgim Grummsson wybil wlasny rod, wielu dawi z klanu po tych wydarzeniach ruszylo sciezka zabojcow nie mogac zdzierzyc iz pod ich nosem przemknal demon zabil ich lidera w srodku wlasnego domu.
Wymazal istnienie klanu z annalow, ksiag i pamieci, nie bedac pewnym czy tez caly rod nosi skaze chaosu. Zakazane zostalo nawet wspominanie o owym wydarzeniu,a siedzibie klanu zawalono i zagruzowano.
Khazzor nie wierzac iz Karak uchroni malca przed losem jego rodu uszedl z nim niemal natychmiast po wydarzeniach.
Wrocil do swej kompanii ktora obozowala nieopodal Rozefeld gdyz obecnie mieli za zadanie oczyszczanie lasu cieni z wszelakiego pomiotu od samego Elektora Ostlandu.
Nie byla to prosta rzecz gdyz Las Cieni byl nieprzemierzony.
Lata mijaly Balkrag dorastal w obozowisku przy przekletej puszczy.
Oddzialy Kompanii odkryly u stop gor srodka prawdawna Twierdze Chaosu, odbyla sie walna bitwa niestety przegrana. Ciala Khazzora nigdy nie odnaleziono.
Legli tam wszyscy wraz z kapitanem a nieliczne niedobitki zwinely oboz wycofaly sie nie majac ni przywodcow ni sil by kompania dalej istniala.
Balkrag musial uchodzic ku gorom bo rozjuszona tluszcza niesfornych czleczyn ktore przetrwaly grabila na potege, gwalcila kobiety niedawnych towarzyszy broni. Gotowi byli zlinczowac krasnoluda jako ze ogolnie nie byl on akceptowany, a wrecz obawiano sie go gdy wiesc rozniosla sie po obozie kogo pomiot z niego jest. Teraz nie majac ochrony Khazzora byli gotowi na wszystko.
Tak Balkrag ruszyl ku Gorom Srodka gdzie trwal w dziczy zdany tylko na siebie, swoja sile i wole przetrwania.

WIELE LAT POZNIEJ


Samotny Czerwonowlosy plomiennobrody krasnolud z wypalonymi znakami na policzku stal na grani przemierzajac zimnym wzrokiem korony drzew spod krzaczastych brwi. Otulony w niedzwiedzie futro w dloniach dzierzac prosty czleczej roboty mlot spogladal na wschod ku Gorom Kranca Swiata.
Na golej skorze wisial naszyjnik z niedzwiedzich klow.
Utrzymywal sie do tej pory z tego co upolowal, otulal sie w to co sam wygarbowal.
Zarl to co ubił badz zabil wlasnorecznie czasem to byl niedzwiedz a czasem w mrozne zimy i serce orka starczyc musialo za posilek.
O pozywienie bylo coraz gorzej, musial zapuszczac sie coraz szerzej na pasma gorskie i lasy
gdyz orki na jego widok juz poczynaly uchodzic zamiast stawac do walki.
Czasem schodzil ku malemu czleczemu siedliszczu sprzedajac kly, skory, za drobne rzeczy jak ten lichy czleczy mlot.
Zwany w tym siedliszczu byl jako Balkrag Barbarzynca Dziki z gor.
Wyparl sie w swej duszy swego rodu swych przodkow i korzeni obawial sie takze czy i on nie nosi skazy chaosu w sobie nad ktora demon moglby zapanowac lecz to lek by ukryty gleboko w jego sercu.
Balkrag czcil Grimnira i takoz mialo juze pozostac po wsze czasy, a danine w krwi wrogow i mestwie swym skladal regularnie.
Tak rozpoczal swoj marsz na zawsze pozostawiajac gory srodka za swoimi plecami…
Pora najwyzsza byla stawic czola swym demonom


“predko predko basn sie baje, basn sie baje czas ucieka Balkragowa klatwa w mocy czeka…”


To byl jednakoz jeno poczatek opowiesci o Balkragu Barbarzyncy...

Wróć do „Logi i Opowieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość