Wujeczek

Forum Logi i Opowieści.
Awatar użytkownika
Isil
Posty: 195
Rejestracja: 17 mar 2014 10:19

Re: Wujeczek

Postautor: Isil » 07 paź 2016 17:36

O, nie tak wkurzajaca (ale przez to wlasnie barwna) jak na arce :)
Opowiadanie bardzo mi sie podoba - i tak, tez czekam na dalsze czesci.
Obrazek

Awatar użytkownika
Radgast
Posty: 96
Rejestracja: 06 gru 2010 15:31

Re: Wujeczek

Postautor: Radgast » 28 sty 2017 23:31

CZĘŚĆ III

- Dlaczego wujeczek mnie nie szukał? Dlaczego, Roderyku? - zamartwiała się Sesill, zadając to pytanie, chyba już po raz dziesiąty odkąd wyruszyli razem w drogę.
Roderyk ziewnął i przetarł oczy nieprzytomnie. Ostatnio kiepsko sypiał. Poprzednia noc nie była wyjątkiem, było nawet gorzej niż zwykle. Zdecydowali się spędzić nocleg w tamtej ruderze. Bali się co prawda widm i upiorów, od których się ponoć roi w takich opuszczonych domostwach, ale jeszcze bardziej bali się ludzi, którzy mogli by im uprzykrzyć pobyt w gospodzie, po niefortunnym spotkaniu z trójką żaków, więc z dwojga złego wybrali to pierwsze. Upiory ich nie nawiedziły, a przynajmniej nie takie, które by wymagały interwencji wiedźmina. Za to roiło się tam od szczurów, które próbowały się dobierać do roderykowych cholewek. Do tego ostatnie przeżycia skutkowały koszmarami, przynajmniej jeśli chodzi o młodego rycerza. Sesill, zwana przez niektórych Ptaszyną, zwinęła się w kłębek na znalezionym śmierdzącym pledzie i zdawała się spać jak kamień, nie zważając na szczury, a i koszmary wydawały się nie mieć do niej przystępu. Roderyk był pewien, że nie chciała zabić tamtego studenta. Ot wypadek w trakcie samoobrony, mimo to przez prawie pół nocy zastanawiał się, czy wcześniej już kiedyś kogoś zabiła. Obudziła go, wczesnym rankiem, rześka i wypoczęta, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Wcisnęła Roderykowi bochenek świeżego, najpewniej skradzionego chleba, a sama wzięła się za własny. Gdy zjedli skromne śniadanie i popili je wodą z bukłaków, zakomenderowała, że czas iść odnaleźć wujeczka. No to poszli. Z duszą na ramieniu opuszczali Oxenfurt zachodnią bramą, na szczęście straż miejska nie zatrzymywała ich i zostawili za sobą miasteczko uniwersyteckie z wielką ulgą. Było już wczesne popołudnie, słońce znów świeciło raźno, a Sesill przeskakiwała co rusz kałuże na drodze.
- Och, Roderyku! Gdybyś miał tego swojego dzielnego rumaka, moglibyśmy wyjechać na spotkanie wujeczkowi, jak rycerz i jego dama! - paplała, teraz już prawie beztrosko - Ale wujeczek miałby minę!
Posłał jej gniewne spojrzenie.
- Przez ciebie straciłem tego konia i cały dobytek, nawet miecz, durna dziewucho!
- Patrzajcie go! Wciąż się złości na ubogą sierotę!
- Ciesz się, że się tylko złoszczę. Powinienem cię...
- Wiesz co? Teraz jesteśmy do siebie całkiem podobni. Oboje jesteśmy biedni jak myszy.
Zamamrotał coś niecenzuralnie pod nosem, a potem spuścił głowę, zaciskając pięści. W końcu westchnął z rezygnacją. Na trakcie między Oxenfurtem a Novigradem było jak zwykle ludno, a może nawet bardziej, często mijały ich wozy albo podróżni na wierzchowcach. Lecz mało kto zwracał na nich uwagę. Większość spieszyła ku Wolnemu Miastu, nawet ich nie pozdrawiając. Spoglądali na wozy, zwłaszcza te nieliczne jadące z Novigradu do Oxenfurtu, wypatrując z nadzieją wujeczkowego interesu lub jak kto woli - burdelu na kółkach.
- Święto jakieś w Novigradzie? - zastanawiał się Roderyk.
- Może jarmark - ucieszyła się Sesill. - Uwielbiam jarmarki, Roderyku. Zawsze tam się znajdą dobre ludzie, które wspomogą potrzebujących i tyle cudności kupić można... Zwłaszcza w Novigradzie. Jak znajdziemy wujeczka to wszyscy pójdziemy na jarmark!
- Ten stary chytrus nie przegapiłby takiego wydarzenia, co?
- Wujeczek jest chory i potrzebujący... - kichnęła głośno, a potem się rozkasłała.
Roderyk uśmiechnął się dość ironicznie. Zeszli na bok ustępując miejsca nadjeżdżającym wozom.
- Zaiste, ciężko o większego biedaka niż twój wujaszek - rzucił drwiącym tonem. - Mało komu się tak źle powodzi, że musi potem z grupą bobołaków, przebierając się za ich króla, chodzić po wioskach w Mahakamie i ściągać daniny potrzebne na odbudowe wolnego królestwa bobołaków! Tych odważnych, których nie przeraża gromada bobołaków w ich siole, musi brać na litość pokazując im swoją córkę. Biedaczce niedawno matka zmarła. Podobno samo jej spojrzenie budzi litość i współczucie. A jak zacznie szlochać... Wiesz może o kim mówię, Sesill?
Mijała ich karawana wozów. Oczy dziewczyny zaczęły się zwężać.
- Sam król, rzecz jasna, też przedstawia sobą obraz rozpaczy - kontynuował Roderyk z krzywym uśmiechem. - Jako ciekawostkę nadmienię, że kuśtyka. Jeśli kmiotkowie nie mają wystarczająco miękkiego serca, to banda bobołaków zaczyna okradać wioski. Czasem ktoś dostanie w mordę. I straszą, że dziewki dupczyć będą. Ale Mahakam to już dość dawne dzieje, co? Idźmy zatem dalej, ku współczesności... Wyzima - tam dziad cudotwórca ze swoja bratanicą sprzedają cudowny i niezawodny eliksir na potencję. Jeden wielmoża, głupi frajer, kupił ową miksturę i dostał przewlekłej sraczki. Nadworny medyk podejrzewa czerwonkę. Oczywiście nie tylko wielmoża kupił ową miksturę, ale ten się wściekł najbardziej, jeśli można tak to ująć...
Sesill przestała mrużyć powieki. Teraz patrzyła tylko na młodego rycerza, swoimi bardzo, ale to bardzo smutnymi oczami.
- No ale idźmy dalej. Tu już zaczyna się robić naprawdę współcześnie. W miasteczkach i wioskach nieopodal Wyzimy - standard. Drobne oszustwa, kradzieże i wyłudzanie jałmużny. Względnie przepędzeni żebracy szczają komuś w odwecie do studni. W Anchor, sołtys, jak kto ostatni głupi, po pijaku zaprosił sympatycznego staruszka i jego bratanicę do chaty. A raczej został przez nich odprowadzony... Nazajutrz się obudził prawie goły i z pustym kufrem. Po staruszku i dziewczynie nie było śladu. No prawie. A teraz najnowsze wieści: Burdel na wozie. Dosłownie. Zaprawdę twój wujaszek ledwo wiąże koniec z końcem...
- Kim ty jesteś by oceniać mnie i wujeczka?! - wrzasnęła Sesill, po czym prychnęła jak kot. - Ja już wiem kim ty jesteś i dlaczego leziesz za wujeczkiem! Jesteś łowcą głów! A ja cię chciałam zaprowadzić do niego...
Roderyk wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył.
- Luuuudzie! Pomooocy! Gwaaałcą dzieeewicę! - krzyknęła nagle dziewczyna w stronę nadjeżdżającego wozu i kichnęła głośno. Z nosa poleciały jej smarki.
Na wozie siedział rumiany, brzuchaty kapłan w czerwonej todze.
- Co?! Dziewicę? Hic! - zatrzymał gwałtownie wóz i czknął pijacko. Konie wierzgnęły. Kapłan miał wielki, czerwony nos i wyhaftowany złoty płomień na wypukłej piersi. Rozglądał się mętnie po okolicy - Gdzie?
- Tutaj! - zawołała żałościwie Sesill, machając rękami. - To ja!
- Przestań... Nie rób znów scen! - warknął Roderyk, robiąc krok w jej stronę.
Kapłan przyglądał się im przepitym wzrokiem.
- Zostaw dziewkę, łajdaku! - zaryczał nagle i wiercił teraz groźnie młodzieńca przekrwionymi oczami.
- Ja... Ona się zgry...
- Milcz, grzeszniku! A ty, moje dziecko, wejdź na wóz. I siadaj, tam za beczułką.
Dziewczyna ochoczo zaczęła wypełniać polecenie kapłana Wiecznego Ognia. Roderyk ruszył za nią. Kapłan świsnął mu batem przed nosem.
- Dokąd to?! Precz, wszeteczniku! Nim wymodlę z nieba nad nami piorun, który rąbnie... hic! I spali cię na popiół!
- Jedźmy, pobożny ojcze! Co rychlej! On jest niebezpieczny! - poprosiła błagalnie Sesill.
- Trzymaj się, dziecko! - strzelił z bata koniom w zady i wóz pogalopował gościńcem.
Wozy przed nimi w panice zjeżdżały z drogi.
- Z drogi, ludzie! Sługa kościoła Wiecznego Ognia jedzie! Z drooooogi!!! - wydzierał się. Popędzał konie jak szalony i w końcu on, Ptaszyna i wóz zniknęli w kłębach kurzu.
- Kurwa! - zaklął Roderyk, łapiąc się za głowę w rozpaczliwym geście.

- Wolne miasto Novigrad! Handel tam kwitnie, no i kultura, ale handel przede wszystkim - zachwycał się tłusty kupiec, powożąc leniwie. - My aż z Tretogoru na jarmark jedziemy. Prawda, córuchny?
- Tak, tatko! - córuchny odpowiedziały chórem.
- Udały mi się córuchny, co, chłopcze? - zagadnął, z niekłamaną ojcowską dumą, Roderyka.
Ten zamruczał niezbyt wyraźnie z głębi wozu, ściśnięty z obu stron przez dziewczęta pokaźnych rozmiarów. Kolejne dwie siedziały przed nim. Wszystkie kubek w kubek wdały się w ojca. Były ubrane w kwieciste, kolorowe sukienki, miały modnie utrefione włosy i pyzate buzie.
- Moglibyśmy trochę szybciej jechać? - wystękał z trudem Roderyk, ledwo hamując złość, w ścisku klejących się do niego panien.
- Szybciej? Szybciej nie da rady. A co, też wam się, panie, spieszy na jarmark? Bez strachu! Na wieczór dojedziemy do Novigradu! A jarmark dopiero jutro się zaczyna. Macie szczęście, że was wziąłem na swój wóz. A i córuchny się cieszą. Prawda, córuchny?
- Tak, tatko!
- Widzicie, trza mi córki dobrze wydać za mąż. A po waszym wamsie wnoszę, żeście szlachcic. Jeno czemu piechotą samiście wędrowali?
- Szukam... siostry... - wydyszał Roderyk. - A konia mi ukradli.
- Och, szuka siostry! Słyszałeś, tatko? To takie wzruszające - zachwyciła się jedna z dziewcząt i wtuliła się jeszcze mocniej w młodzieńca, utrudniając mu oddychanie.
- Ano, może i wzruszające, ale mnie bardziej rusza kradzież konia. Wszędzie teraz to złodziejskie nasienie! Nawet szlachcicowi nie popuszczą, psiewiary!
- Nie klnij, tatko! - chórem upomniały go dziewczęta.
- No dobra... To w drogę! Wio! - od niechcenia strzelił batem.
Konie ani myślały przyspieszyć, wóz ciągnął się w ślimaczym tempie.

Słońce powoli zachodziło nad traktem otoczonym lasami. Wiał lekki wiatr.
- Dojeżdżamy do Novigradu - powiedział kupiec. - Zatrzymamy się w siedzibie gildii, ugoszczą nas tam iście po królewsku, panie...
- Roderyk.
- Skąd?
- Z daleka...
Kupiec chrząknął, zmarszczył czoło i wydął pulchne policzki.
- Ja się zwę Bruno Keldd. A tam koło was, panie Roderyk, to Dona i Mona, a z przodu Gerda i Zelda.
- Jestem zaszczycony - burknął nieszczerze młody rycerz z głębi wozu.
- Co to ja chciałem... A tak... Nie mogę wam niestety zaproponować noclegu w Gildii. Gdzie się tedy zatrzymacie? Przecież też zmierzacie do Novigradu, prawda? Bo niby gdzie indziej mielibyście? Nie wiem, doprawdy, czy w tak wielkim mieście uda wam się odnaleźć siostrę... Ale gdzieś się musicie zatrzymać na noc.
- Jeszcze nie wiem, gdzie przenocuję.
- Aha... No, w każdym razie, zapraszam na wieczerzę do "Złotego Kielicha". Ta karczma należy do Gildii. Trudno o lepszy... - Bruno Keldd się zmarszczył - A co to za zawalidroga na trakcie? Hmm.... tak niedaleko bramy... co to za krzyki? Co tam się dzieje?
Lasy wzdłuż traktu się rozrzedziły i było już widać mury, baszty i wspaniałe wieże ogromnej metropolii położonej w delcie Pontaru. Gościniec zaś był dokumentnie zakorkowany. Słychać było niosące się gniewne okrzyki i ogólny tumult.
- Prrr! Cholera by to wzięła, chyba jakiś wypadek - rzekł kupiec ponuro, będąc zmuszonym zatrzymać wóz.
- Ojej... - jęknęła Dona albo Mona.
- Hej, ludzie! Co tam się stało?! - Bruno Keldd krzyknął w stronę wozów tarasujących drogę przed nimi.
- Chyba jakiś wypadek! - odkrzyknął mu ktoś z naprzeciwka.
- Panie Keldd - rzekł z wysiłkiem Roderyk, znajdując okazję by się uwolnić od mimowolnego towarzystwa, ściskających go Dony i Mony. - Może pójdziemy to sprawdzić?
- Słusznie, panie szlachcic, wypadałoby rzucić na to okiem. Zelda, siadaj na kozioł i bierz lejce. My z panem Roderykiem idziemy teraz na spacer, jakby się coś ruszyło to dojedziecie do nas.
Młodzieniec prowadził energicznym krokiem, z ulgą oddychając pełną piersią, zostawiając nieco w tyle stąpającego ciężko i kołyszącego kołdunem kupca. Mijając podenerwowanych ludzi na wozach, Roderyk wciąż wypatrywał obwoźnego domu rozpusty, prowadzonego przez przedsiębiorczego staruszka.
- Moja Zelda to dopiero dziewucha - kupiec zachwalał swą latorośl, człapiąc za Roderykiem. - Umie powozić jak chłop, a jak gotuje! Te jej racuszki... palce lizać, powiadam! No, ale wy, zdaje się, panie, wpadliście w oko Donie...
Roderyk podirytowany przyśpieszył.
- Dlaczego?! Dlaczego mnie to spotkało?! - słyszał teraz już całkiem wyraźnie piskliwe okrzyki pełne rozpaczy.
Jego oczom w końcu ukazały się dwa przewrócone i zniszczone wehikuły, tarasujące drogę. Jacyś ludzie uspokajali wierzgające konie, komuś się nie udało i plasnął tyłkiem w błoto.
- Moje dzbany!! Moje amfory!! - piszczał jakiś mały gnom, skacząc jak użądlony przez osę i wymachując jednocześnie desperacko i gniewnie rękami. - Kto cię uczył jeździć, ojczulku?!
Gruby kapłan siedział na drodze i ściskając z miłością beczułkę, która jakimś cudem przetrwała kraksę, szlochał przejmująco, najwyraźniej za nic w świecie nie chcąc się z nią rozstać. Co młodsi schodzili z wozów i zaśmiewali się do rozpuku. Ludźmi i zwierzętami na drodze zawładnął chaos i zgiełk.
- A to numer, psiakrew. Wielebny ma chyba nieźle w czubie... - wysapał Bruno Keldd za plecami Roderyka. - Żeby coś takiego! Tuż pod sama bramą Novigradu!
Ale młodzieniec go nie słuchał, bo właśnie wypatrzył Ptaszynę. Rozpychając się łokciami, przeciskał się przez tłum na drodze. Podszedł do niej, siedzącej pod drzewem. Miała na czole guza, wielkości i koloru dorodnej śliwki, i rozcięty łuk brwiowy. Patrzyła przed siebie pustym, nieobecnym wzrokiem.
- Siostrzyczko ma droga! Wreszcie cię odnalazłem! - zakrzyknął Roderyk i wziął Sesill w ramiona, podnosząc ją z ziemi. Potrząsał nią i ściskał mocno, a ona podrygiwała bezwładnie w jego uścisku jak kukła. - Tak się martwiłem!
Obejrzał się czujnie przez ramię. Ludzie wydawali się pochłonięci wypadkiem i nikt zwracał na nich uwagi. Prawie nikt. Właśnie zbliżał się do nich Bruno Keldd, który marszcząc czoło, nieco podejrzliwym wzrokiem taksował postać i nikczemny ubiór dziewczyny.
- Odnalazłem siostrę, panie Keldd! - krzyknął do niego radośnie Roderyk. - To jednak szczęśliwy dzień! Zabieram ją w jakieś spokojne miejsce, biedaczka dużo przeszła.
Przerzucił sobie rękę dziewczyny przez ramię.
- Bywajcie! Dziękuję za podwózkę i pozdrówcie córki! - ciągnąc Sesill, oddalał się najszybciej jak mógł.
- Ale, panie Roderyk... - rzucił za nimi niepewnie kupiec.
Młody rycerz pomachał mu tylko na pożegnanie ręką, wlokąc ze sobą Ptaszynę. Wydawała się lekka jak piórko. Kroczyli brzegiem drogi, omijając wozy i ludzi.

Skręcili w zagajnik i tam ją przycisnął do drzewa i obszukał.
- Co... Co robisz? - mruknęła półprzytomnie, patrząc na niego tępo, zamglonym wzrokiem.
- Zabezpieczam się - włożył jej ręce pod sukienkę, Sesill pisnęła bez przekonania. Wyciągnął stamtąd nóż, a potem niewielki sztylet, następnie wetknął sobie puginały za pas. - Nie będą ci na razie potrzebne. A teraz chodź, byle grzecznie.
Dotarli do podgrodzia, gdzie było pełno ciżby. Tam odwiedzili powroźnika - gdy Roderyk kupował sznur, dziewczyna stała obok, pod jego czujnym okiem, wciąż oszołomiona i nie próbowała uciekać, krzyczeć ani błagać o pomoc. Potem kupił jeszcze worek i, ciągnąc Sesill za ramię, podążył w kierunku bramy.

Nad miastem zapadał zmrok. Księżyc świecił blado, wspierany przez światło lamp ulicznych. Przez bramę przeszli już jakiś czas temu. Ptaszyna wciąż była otępiała, ale zaczynała już z wolna rozglądać się po okolicy. Szli głównymi, brukowanymi ulicami, mijając po drodze wysokie i reprezentatywne kamienice. W każdym innym mieście ruch o tej porze by zamierał. Wyjątkami od tej reguły były Oxenfurt, gdzie żacy z akademii pili i świętowali całą dobę, i Novigrad, gdzie handel kwitł jeszcze długo po tym jak słońce zaszło. Wszędzie się roiło od sklepów, kramów i wędrownych handlarzy, zachwalających swoje towary. Co tu dużo gadać, Wolne Miasto należało do kupców, no i do kapłanów, jedni i drudzy mieli tu liczne grono wiernych wyznawców.
- Ciżemki ze złotogłowia! Godne najdostojniejszej nóżki!
- Garnki i patelnie! Tanio! Tanio!
- Znicze ku chwale Wiecznego Ognia!
- Gadająca papuga!
- Brzytwy, noże i sztylety!
- Cycki! Ofiaruje swoje cycki! - darła się ich właścicielka, ochrypłym od przepicia i niezbyt seksownym głosem, przekrzykując rejwach panujący na głównej ulicy Novigradu. - Za pięćdziesiąt złotych koron!
Zdzierstwo, pomyślał Roderyk. Cóż, w Novigradzie wszystko kosztuje i to wcale nie tanio. Sam się zdziwił banalnością tej myśli.
- Milcz, wszetecznico! Grzech gości w twym sercu! Wyspowiadaj się i oczyść dusze! - ofuknął właścicielkę przepitego głosu i cycków, chudy jak tyka kapłan.
- Dla ciebie, ojczulku, zejdę do czterdziestu pięciu koron! - wychrypiała bezczelnie.
Kapłan wyraźnie spąsowiał, co było widoczne nawet mimo późnej pory.
- Ty! - zmienił nagle obiekt zainteresowania, wycelowując palcem w Roderyka. - Wyglądasz mi na grzesznika! Chcesz się wyspowiadać?
- To porywacz... - jęknęła Sesill słabowicie.
- Bądź cicho! - warknął młodzieniec i przyspieszył, mocno ciągnąc za rękę Ptaszynę.
Już po chwili okrzyki kapłana utonęły w zgiełku. Młodzież w końcu przepchnęła się przez tłum i doszła do skrzyżowania ulic, a raczej to młodzieniec się przepchnął, wlokąc za sobą dziewczynę, która nie sprawiała specjalnego oporu, ale też nie myślała zbytnio pomagać. Droga na południe biegła w kierunku bramy do portu. Roderyk bez zastanowienia skręcił na zachód i niebawem znalazł to czego szukał. Szyld głosił: "POD ZŁAMANĄ STRZAŁĄ". Przed karczmą stał rządek kuso ubranych panienek, zaczepianych przez paru pijaczków. Roderyk, nie zatrzymując się, pociągnął Sesill schodkami w dół. W gospodzie panował półmrok z rzadka rozświetlany pochodniami. Z głównej izby dobiegały radosne odgłosy biesiady i plugawych przyśpiewek. Roderyk wiedział, że karczma miała nie najlepsza sławę i, że Novigradzcycy nazywali ją w skrócie "Mordownią". Jakiś młodzieniec miał postawiony kufel piwa na głowie i właśnie stawał na jednej nodze, głośno dopingowany przez kompanów. Roderyk z Sesill przepychał się przez tłum w stronę kontuaru, który z trudem wypatrzył, gdyż cała sala była spowita obłokiem fajkowego dymu. Zatrzymali się. Pod jedyną ze ścian stała pijana i mocno wydekoltowana dziwka. Jeden z bywalców karczmy rzucał groźnie nożami w jej stronę. Każdy z nich wbijał się o cal od jej ciała, kwitowany głośną owacją przez gości. Jeden z noży właśnie przeciął ramiączko sukni i lekko naciął skórę na ramieniu. Materiał opadł odsłaniając bladą i nieco obwisłą pierś. Nierządnica zaniosła się rżącym, głupawym rechotem i ścisnęła obnażoną pierś w prowokującym i obscenicznym geście. Rozeszły się po karczmie wesołe gwizdy, pełne podniecenia okrzyki i pohukiwania. Radości "Pod Złamaną strzałą " nie było końca. Roderyk szybkim krokiem pociągnął Sesill w kierunku lady, chowając głowę w ramionach, z niepokojem wyczekując świstu lecącego ostrza. Przecisnął się do kontuaru i skupił swój wzrok na niewysokim, korpulentnym człowieczku, niedbale wycierającym kufel brudną szmatą.
- Izby na nocleg szukam! - wyrzucił z siebie Roderyk wysokim, piskliwym głosem, wciąż się obawiając, że jeden z lecących noży nagle ugodzi go w plecy.
Karczmarz zmierzył lepkim wzrokiem uwiązaną do Roderyka Ptaszynę.
- Pojmuję - uśmiechnął się obleśnie. Jego oblicze miało w sobie coś szczurowatego, a oczy były małe i chytre jak u kupca albo zawodowego szulera.
Roderyk zaczerwienił się po czubki uszu i zacisnął usta.
- Macie szczęście, akurat znajdzie się ostatni wolny pokój. No... prawie wolny. Będziecie musieli się podzielić ze szczurami i karaluchami - zarechotał nieprzyjemnie oberżysta.
Roderyk spojrzał kątem oka na Sesill. Jej wzrok wciąż był dość mglisty, mimo to widział jak przygląda się karczmarzowi, a potem ukradkiem rozgląda się po sali. Młodzieniec znacząco szarpnął sznurem. Dziewczyna o mało nie wpadła na Roderyka.
- Ile się należy? - zapytał już pewniejszym, mocnym głosem.
- Pięć koron - oczka karczmarza błysnęły chytro.
- Ile?!
- Pięć koron - powtórzył stanowczo oberżysta, mrużąc oczka. - Jeśli się coś nie podoba, to szukajcie innej gospody. Jutro jarmark, więc na pewno znajdę innych chętnych na ten pokój. Tylko ich patrzeć.
- A kto by chciał nocować w takiej parszywej melinie? - wydął wargi rycerz.
- Wy - zarechotał znów gospodarz. - Możecie zawsze nocować "Pod Pegazem", za miastem, ale tam jest jeszcze gorzej niż tu i nie ma prywatnych pokoi. Gdzie indziej, założę się, już wszystko zajęte. Płacicie czy nie?
Roderyk zaklął pod nosem i, rozglądając się czujnie po sali, wydobył dyskretnie pięć złotych monet z mieszka i wcisnął je w spoconą, brudną łapę karczmarza.

Ich pokój mieścił się na końcu korytarza na poddaszu. Nie był aż tak obskurny jakby można było się tego spodziewać. Było w nim nawet łóżko, a pod nim nocnik. Młodzieniec przezornie zamknął drzwi na klucz. Zzuł buty i z ulgą wyciągnął się na łóżku, ciągnąc za sobą Ptaszynę. Ta oparła mu wolną rękę na piersi.
- Może byś mnie tak rozwiązał? - rzuciła bardziej słabowitym niż swawolnym głosem.
- Nie. Spij.
Gdzieś niedaleko słychać było chrobotanie kornika. Spod łóżka wyszedł nagle, niebywale duży i wyliniały szczur. Nie miał jednego oka. Usiadł i przyglądał się im swoim błyszczącym w półmroku, zdrowym okiem.
- To szczur wujeczka! Wujeczek zaraz mnie uwolni, a ty będziesz miał kłopoty!
- Akurat.
Z dołu słychać było odgłosy przedniej zabawy, ale i one powoli cichły. Jednooki szczur świdrował ich swoim czujnym spojrzeniem. Roderyk sięgnął po jeden ze swoich butów i rzucił nim w kierunku szczura. Ten umknął zadziwiająco zwinnie pod ścianę. Wciąż zdawał się im przyglądać.
- Przeklęty szczur.
- Mówiłam że to szczur wujeczka! Odnalazł mnie! A ty zaraz będziesz w poważnych opałach, panie porywaczu. Już wujeczek ci kijaszkiem skórę z grzbietu złupi.
- Musisz tyle gadać? Jutro sobie pogawędzimy. A teraz spij - Roderyk zamknął oczy.
Przez dłuższy czas nic się nie działo i prawie udało mu się zasnąć. Wtem poczuł rękę umiejętnie majstrująca przy więzach. Otworzył oczy i złapał Sesill mocno za nadgarstek.
- Przestań! - syknął Roderyk. - Albo tak ci złoję tyłek, że odechce ci się prób ucieczki!
- Och, czy to słowa godne rycerza, rycerzu?
- Bądź cicho! I spij!
Chwila ciszy.
- Ludzie! Pomocy! Gwałcą dziewicę! - krzyknęła nagle acz dość słabowicie Sesill.
- A kogo to obchodzi?! - po pewnym czasie odkrzyknął ktoś zza ściany. - Zamknij się i daj spać!
- Już? Nakrzyczałaś się? - zapytał spokojnie Roderyk.
Sesill zamamrotała coś pod nosem.
- Co?
- Głodna jestem.
Młodzieniec westchnął.
- Właściwie ja też. Dobrze, zejdziemy na dół, ale bez sztuczek.
Zamknął drzwi na klucz i zeszli do głównej izby. Tam zjedli po zupie piwnej, siorbiąc głośno. A na koniec spożyli całkiem soczyste steki. Roderyk popił swój piwem a dziewczyna sokiem owocowym, jaki o dziwo można było dostać w tej oberży. Większość gości była już w sztok pijana. Nierządnica, której wcześniej o mało nie podziurawiono nożami, teraz siedziała na kolanach, prawdopodobnie tego od noży, będąc przezeń obłapiana. Nikt nie zwracał większej uwagi na Sesill i Roderyka. Toteż Ptaszynie nawet się nie chciało krzyczeć ani błagać o pomoc. Po sutym posiłku Roderyk kupił jeszcze bochen chleba i wrócili na poddasze.
- Psiakrew, gdzie się podział ten szczur? - zapytał Roderyk, zaraz po tym jak zamknął drzwi, rozglądając się ze zdziwieniem po izbie.
- To zaczarowany szczur. I wujeczkowa magia. Wujeczek, gdy zechce potrafi zamienić się w szczura. Jak zaśniesz to ci gardło przegryzie... panie rycerzu - powiedziała milutko Sesill.
Młodzieniec spojrzał na nią z politowaniem.
- Jedyną magią jaką dysponuje ten stary chytrus, to wyłudzanie miedziaków i opróżnianie sakiewek różnym frajerom. A teraz chodź. Czas spać - znów ją pociągnął w stronę łóżka.
- Muszę do wychodka! - zaprotestowała dziewczyna.
Roderyk westchnął i przewrócił oczami. Nogą wysunął nocnik spod łóżka. Sesill oblała się rumieńcem, czego się po niej nie spodziewał. Zapowiadała się długa i ciężka noc.

Było już prawie południe. Roderyk opłukał twarz i włosy na podwórzu, nabierając wody ze studni. Potem przyjrzał się wciąż uwiązanej do niego Ptaszynie. W nocy parę razy próbowała wyciągnąć mu sztylet zza pasa, jak również rozsupłać więzy palcami. Do tego cały czas się wierciła. A teraz czekała ich poważna rozmowa. Roderyk musiał się dobrze zastanowić na odpowiednimi słowami, jeśli chce odnaleźć Radgasta.
- Sesill, posłuchaj mnie dobrze, albowiem... - zaczął dość pompatycznym tonem.
- Panienka Sesill? - zawołał ktoś chrapliwym głosem.
Dziewczyna i młodzieniec zwrócili wzrok ku nadchodzącej postaci. Była krępa i zakapturzona, odziana na szaro. Dłonie zakrywały skórzane rękawice.
- Panienka Sesill? - powtórzyło podchodząc, zakapturzone coś. - To doprawdy panienka?
Przybysz ściągnął powoli kaptur. Roderyk wytrzeszczył oczy, bowiem stworzenie miało porośniętą brązowym futrem mordę. Z której patrzyły przenikliwie dwa małe ciemne oczka i sterczały białe wąsiki. Z wyglądu stworzenie przypominało mocno wyrośniętego bobra.
- To ja, Baltazar, panienko Sesill - powiedział chrapliwie bobołak.
- Baltazar! - krzyknęła Sesill. Jej twarz się rozpogodziła i już miała uściskać bobołaka, ale nie pozwolił jej na to sznur, którym była przywiązana do Roderyka.
- A co tu się wyrabia? Dlaczego ten człowiek cię przywiązał do siebie? Masz jakieś problemy, Sesill? - Wibrysy na pyszczku bobołaka nastroszyły się. Rozchylił powoli poły płaszcza, odsłaniając groźnie wyglądający tasak zatknięty za pas. Ścisnął łapą rękojeść broni.
- On mnie więzi! To łowca głów, Baltazarze! - wypaliła Sesill, jak gdyby tylko na to czekała.
- Zamknij się! - syknął na nią Roderyk.
- Lepiej ją puść albo będę musiał odrąbać ci rękę. - bobołak zwany Baltazarem wyciągnął tasak. Mordercze ostrze zalśniło w promieniach słońca.
- Spokojnie, spokojnie! Nie mam złych zamiarów! - zawołał rozdygotanym głosem młodzieniec. - Jesteśmy po tej samej stronie!
- Rozwiąż mnie! - rzuciła władczo Sesill.
- Słyszałeś, człowieku? Rób co dziewczyna każe - Baltazar wyszczerzył spiczaste zęby i chwycił tasak w obie łapy.
Roderyk drżącymi palcami zaczął rozwiązywać Sesill. W końcu oswobodzona Sesill stanęła obok bobołaka. Teraz obie pary oczu - szare i ciemne wpatrywały się w Roderyka.
- Dzięki, Baltazarze. W samą porę się zjawiłeś.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panienko Sesill. Co z nim robimy? - wskazał tasakiem młodego rycerza. - Mam go trochę pociąć?
Roderyk stał milczący i blady.
- Jak dla mnie, możesz go nawet utopić w rynsztoku - Sesill zmrużyła oczy.
- No to może najpierw go trochę potnę? A potem utopię? - bobołak wykręcił syczącego młyńca swoim groźnie wyglądającym ostrzem.
- Zaczekajcie! Ja nie miałem złych zamiarów! Ja chcę tylko odnaleźć Radgasta! - bronił się coraz bledszy młodzieniec.
- Ciągle to samo - westchnęła Ptaszyna.
- Sesilll, ty też chcesz go odnaleźć. Chcemy tego samego!
- Akurat! Ty chcesz uciąć głowę wujeczkowi! - dziewczyna wymierzyła oskarżycielsko w Roderyka palcem.
Dałby sobie głowę uciąć, że w jej oczach znów zalśniły łzy.
- Jaką głowę?! - Roderyk zmarszczył brwi, a potem zaśmiał się nerwowo. - Wcale nie!
Baltazar zrobił krok do przodu i podsunął bojowy tasak pod nos rycerzowi. Ten odskoczył szybko.
- Bądźmy poważni! Za to, za co jest ścigany Radgast, głowy się nie ucina! - wrzeszczał ze strachu Roderyk.
- Tylko co? Ty sobie może myślisz, że ja ci pozwolę wujeczka do kryminału zapakować?! - odwrzasnęła gniewnie Sesill.
- To wcale nie tak! Mogę.... mogę to udowodnić!
Dziewczyna i bobołak przypatrywali się nieufnie młodzieńcowi. Ten wziął głęboki wdech.
- Sesill... Nie spotkaliśmy Radgasta z panienkami na gościńcu. Wniosek jest jeden: Wciąż nie wiemy, gdzie jest. Jednak, gdy już go odnajdziemy, wtedy zrozumiesz, że mówię prawdę. Sam Radgast we własnej osobie to potwierdzi. Uwierz mi, Sesill.
- Niby dlaczego miałabym wierzyć łowcy głów?
- Posłuchaj, rzeczywiście podążam od dłuższego czasu waszym tropem, głownie listów gończych, ale nie jestem tym za kogo mnie masz. Daję słowo!
- A mi się widzi, że chcesz ratować skórę! Dobrze więc... Idź precz! A jeśli spotkamy się jeszcze kiedyś... - dziewczyna zmarszczyła nos.
- Mylisz się! Ja muszę odnaleźć Radgasta!
- Co? - Sesill znów zmrużyła oczy.
Baltazar uniósł tasak, jak gdyby do cięcia, ciemne oczka błysnęły złowrogo. Roderyk błyskawicznie czmychnął za studnie.
- Posłuchajcie! Jestem sam. Pozwól mi, Sesill, dalej pomagać ci w odnalezieniu Radgasta. Pan... - łypnął niespokojnie w stronę bobołaka, wyglądając zza cembrowiny studni - Baltazar może wszak iść z nami, jeśli przypadkiem nie ma innych planów. Czy to nie sprawi, że dzięki temu będziesz czuła się pewniej? Przecież wam nie zaszkodzę!
Zapadło długie i ciężkie milczenie.
- Baltazarze? - w końcu Sesill się odezwała. - Co ty na to?
Bobołak wzruszył ramionami.
- Właściwie to nie mam innych planów. Była tu jakaś mowa o poszukiwaniach Starego Radgasta. Jak dla mnie... jak to mówicie, ludzie? Rewelacja? Akurat tak się składa, że prowadzę pewne badania. Konkretnie teraz to badam was ludzi. A już widzę, że w takiej kompanii materiałów naukowych mi nie zabraknie. Jak zwykle zresztą.
Roderyk odetchnął z ulgą.
- Jeszcze jedna rzecz - Ptaszyna podeszła do Roderyka i wyciągnęła mu puginały zza pasa. Następnie schowała je w pochwach na łydkach przykrytych zgrzebną sukieneczką. - No, teraz to już się czuję zupełnie pewnie.
- Jedno wam powiem - Baltazar wyszczerzył na chwilę ostre zęby. - Wy ludzie jesteście najbardziej zaskakującą rasą jaką znam.

- Mości Baltazarze... - odchrząknął Roderyk, zagadując bobołaka. - Co to za badania, o których wspominałeś?
Niecodzienny przyjaciel Sesill wzruszył ramionami, nie zaszczycając młodzieńca nawet spojrzeniem. Roderyk sądził już, że nie doczeka odpowiedzi na swoje pytanie i dalsza drogę spędzą w milczeniu.
- Mam pewne plany - odrzekł w końcu niespodziewanie bobołak.
Sesill i Roderyk posłali mu zaciekawione spojrzenia.
- Od dawna interesuje mnie społeczeństwo jako takie - ciągnął Baltazar. - Lud bobałaków ma interesującą historię. Ale ja się bynajmniej nie zamierzam co do niej ograniczać. Wy ludzie jesteście dużo bardziej zróżnicowana rasą. Żadna inna nie ma tylu bujnych charakterów, co wasza! A ja chcę wykładać na uniwersytecie w Oxenfurcie. Ukułem nawet nazwę dla takowej nauki: Socjologia!
Społeczeństwo ludzkie, idące razem z Baltazarem, w postaci młodzieńca i dziewczyny, posłało mu tym razem zdumione spojrzenia.
- Tak, wiem, łatwo nie będzie. Od czasu do czasu zdarzają się nieludzie na uniwersytecie, ale bobołaka uczonego jeszcze nie było. Nic to. Ktoś musi być pierwszy.
- Baltazarze... Wiesz jacy są ludzie... nie boisz się, że naślą na ciebie wiedźmina? - zagadnęła nieśmiało Sesill. - Przecież nawet tu w Novigradzie musisz się ukrywać..
- A niech nasyłają! Niech przepędzają. Ja się łatwo nie poddam, będę próbował aż do skutku. Ja i jeszcze jeden vran. Razem zamierzamy podbić akademię oxenfurcką. W tym celu gromadziłem fundusze, Sesill... - bobołak zwrócił się do dziewczyny, zerkając kątem oka na Roderyka.
Ten uśmiechnął się krzywo.
- On wie o Mahakamie, Baltazarze - powiedziała spokojnie Sesill.
- Aha. Trzeba sobie jakoś radzić.
- Święta prawda! - podchwyciła dziewczyna.
- Trzeba - podsumował Roderyk.

Doszli do zatłoczonego głównego placu, na środku którego jakiś mężczyzna perorował:
- Ludzie! Otwórzcie oczy! I rozejrzyjcie się! Do naszego Novigradu zewsząd przybywają włóczędzy! Nieludzie, żebracy, złodzieje, nierządnice, nawet wiedźmini - ci plugawi mutańci, i Nilfgaardczy szpiedzy!
- O, będzie o nas - mruknęła Sesill.
- To przestępczy i niegodziwy element, nadto bezbożny! Obłażą uliczki Wolnego Miasta niczym szarańcza, piją na umór w naszych gospodach i wszczynają awantury! Łamią nasze prawa! Te przybłędy ośmielają się nawet zanieczyszczać i plugawić święte miejsca, w których płonie Wieczny Ogień! Odetnijmy tę chorą tkankę, która toczy Novigrad! Pozbądźmy się obcych!
Tłum zaszemrał ponuro i zafalował.
- Gdyby był tutaj wujeczek, to obrzuciłby tego niemiłego krzykacza zgniłymi jajami - Sesill zmarszczyła nos.
- Wcielenie tolerancji, co? - zapytał z uśmieszkiem Roderyk.
- Ten?
- Nie, wujeczek.
- A pewnie!
- Akurat. Ale ruszajmy dalej. Prowadź, Sesill. Jestem ciekaw, gdzie chcesz szukać Radgasta.
Sesill, Roderyk i milczący Baltazar przecisnęli się przez ciżbę, zostawiając za sobą krzykacza, nawołującego do oczyszczenia miasta z obcych.

Wkroczyli na Ulice Złodziei. Stare, podniszczone kamienice rzucały na nich cień. W bramach często można było zobaczyć różnych oberwańców, którzy przypatrywali się im ponurym wzrokiem. Bobołak skrył swoją postać skrzętnie pod płaszczem. Ptaszyna czasem kogoś poznawała i podchodziła i wypytywała o Radgasta. Odpowiedź była prawie zawsze taka sama. Nikt go ostatnio nie widział. Szli dalej. A im dalej tym mniej ciekawie. Kamienice obdrapane, ludzie wyglądający coraz gorzej, do tego było brudno i zewsząd śmierdziało. Roderyk rozglądał się czujnie. Pod ścianą wyjątkowo zrujnowanej kamienicy kucały zabiedzone dzieci i bawiły się w błocie.
- Proszę, dajcie coś. Tata nas opuścił, a mama leży chora w gorączce i nie mamy na leki ani na medyka - powiedział mały i brudny chłopiec wyciągając rękę z miseczką po jałmużnę. Reszta dzieciaków zamarła, przerywając zabawę i wpatrywała się ponurymi oczami w przybyszów.
Roderyk już miał zamiar ich przepędzić, ale Sesill wydobyła nie wiadomo skąd złotą monetę i dała ją chłopcu. Ten posłał jej szczerbaty uśmiech. Dziewczyna go odwzajemniła. Nagle przebiegł obok nich jak burza jakiś podrostek, ściskający w ręce sakiewkę. Zniknął w bramie. A w oddali było słychać wściekłe krzyki jakiegoś przechodnia. Roderyk się obejrzał. Zauważył, że paru oberwańców zagradzało dalszą drogę tamtemu.
- Urocze miejsce. I nazwa ulicy pasuje - powiedział Baltazar. - Wiedziałem, że materiału do badań nie zabraknie.
- Chodźcie - ponagliła ich Ptaszyna. - To tutaj.
I weszła w bramę najbardziej zrujnowanej kamienicy, która tylko jakimś cudem się jeszcze nie zawaliła. W tej samej bramie przed chwilą zniknął młody złodziej.

W ciemnej i ponurej sieni, siedziała na schodach, prowadzących na górę do kamienicy, dziewczynka. Tuliła do siebie szmacianą lalkę i nuciła jej jakąś dziecięcą piosenkę. Na widok trójki przybyszów zamilkła i z przestrachem zerwała się ze stopni. Ścisnęła mocno lalkę jedną ręką i nim ktokolwiek zdążył się odezwać, gwizdnęła głośno. Już po chwili było słychać tupot bosych stóp na schodach i za wrotami za plecami dziewczynki, prowadzącymi zapewne na podwórze. Wrota się otworzyły i sień momentalnie rozjaśniły promienie słońca, oraz wypełniła się ona zgrają małych uliczników w podartych i łatanych portkach. Dzieci obu płci dzierżyły proce i kamienie. Mieli zacięte i gotowe na wszystko buzie. Roderyk zauważył, że lalka dziewczynki, tej która nuciła piosenkę, ma tylko jedno oko z przyszytego i pomalowanego na niebiesko guzika.
- Hasło - zażądała dziewczynka.
- Szczurza królowa spotkała szczurzego króla w kanałach wypełnionych szczurzymi bobkami - gładko wyrecytowała Sesill.
- Sesill! - Pisnęła radośnie dziewczynka i rzuciła się na Ptaszynę, przytulając się do niej.
- Witaj, Matyldo - zachichotała Sesill, obejmując dziewczynkę ramieniem.
- Twoje włosy... - Matylda zadarła głowę i zmarszczyła czółko. - Co się z nimi stało?
- Musiałam obciąć. Miałam wszy i okropnie mnie swędziała głowa.
Dzieci pokiwały wyrozumiale głowami i opuściły kamienie oraz proce.
- To twoi przyjaciele? - Zapytała Matylda, wiercąc spojrzeniem dużych, piwnych oczu Roderyka i wciąż otulonego płaszczem bobołaka.
Sesill podążyła za jej spojrzeniem i skrzywiła się nieznacznie, zatrzymując nieco dłużej wzrok na młodzieńcu. Mimo to odpowiedziała:
- Tak, Matyldo. Chcielibyśmy się zobaczyć z Eleonorą
- Chodźcie.
Dziewczynka skinęła głową na uliczników i ci się rozstąpili. Sesill szła za Matyldą, Roderyk za Sesill, a Baltazar szedł jako ostatni. Młody rycerz rozglądał się ze zdumieniem po podwórcu. Ściany kamienicy wyglądały nie lepiej niz z ulicy. Za to podwórzec był pełen dzieciarni, wyglądającej na zabiedzoną. Roderyk zauważył, że dominują dziewczynki. Dzieci również wychylały się z okien i przyglądały im się z zaciekawieniem. Matylda zaprowadziła ich do bujanego fotela, na którym siedziała malutka i chuda staruszka, robiąca na drutach. Obok niej siedziała jakąś dziewczynka na stołku i przeliczała pieniądze, wyjmując je z sakiewki. Przed nimi stał podrostek, którego Roderyk rozpoznał jako złodzieja z ulicy. Rycerz pewnym krokiem wyprzedził zaskoczoną tym Sesill i z brawurą godną młodzieńczego wieku, chrząknął głośno, i gdy staruszka uniosła pomarszczoną twarz znad robótki, przemówił, uśmiechając się zawadiacko:
- Chylę czoła przed przedsiębiorczością, o pani! Doprawdy godne podziwu. Wszystko działa tu jak w gnomim mechanizmie. A ci mali rozbójnicy przy bramie... o mało nie narobiłem w portki!
Sesill posłała mu chmurne spojrzenie, które zapewne miało mówić: "Zamknij się." Ale on go nie dostrzegł.
- Doprawdy interesujące miejsce! Ma jakąś nazwę?
- A czo to sza wyszczekany chłysztek? - Zasepleniła babuleńka. - Kto go wpuszcził do mojego szeroczinca?
Roderyk już miał coś odparować na to, ale uprzedziła go Matylda.
- Babciu Eleonoro, przyszła do ciebie Sesill z przyjaciółmi.
- Szeszil? Zblisz sze dzieczko!
Sesill zbliżyła się posłusznie do staruszki, po drodze dając kuksańca w bok Roderykowi.
- Eleonoro - ukłoniła się z szacunkiem staruszce.
- Jakszem dawno cze nie widziała! Na Wieszny Ogień, czo sze ształo sz twoimi włoszami?
- Wszy. Musiałam obciąć włosy - odpowiedziała skromnie Sesill.
- A ten niczpoń? - Eleonora wymierzyła kościstym palcem w Roderyka. - To chyba nie twój naszeczony, co, dziewszyno?
- Bogowie uchowajcie! Prędzej dałabym się spalić w Wiecznym Ogniu! - Zakrzyknęła Sesill zapalczywie. Mimo to się zarumieniła. Co ciekawe, Roderyk również.
- To dobsze. Bo czos mi sze widzi, sze ktosz mu jeszyk prędko utnie. A naszeczony bez jęszyka to wybrakowany element..
Dziewczynka, ta która liczyła pieniądze, podała kubek babuleńce. Ta wyjęła z niego sztuczna szczękę i wetknęła ją sobie w bezzębne dziąsła.
- Dziękuje ci, dziecko.
- Proszę, babciu.
- To jak się zwie ten nicpoń?
- Jestem Roderyk - odpowiedział dumnie młodzieniec.
- Pięknie. A ten tam z tyłu co się chowa? Czemu nie zdejmiesz kaptura, synku? Chciałabym zobaczyć twoją twarz.
Wszystkie spojrzenia spoczęły teraz na Baltazarze. Ten podszedł do Eleonory i powoli ściągnął kaptur.
- Mam na imię Baltazar.
Babuleńka wytrzeszczyła oczy. Z wielu dziecięcych piersi na podwórcu wydobyło się głośne westchnienie.
- Na siwą brodę Radgasta! Cóż to za wyrośnięty bóbr?! - Zdumiała się staruszka.
- Baltazar jest bobołakiem - wyjaśniła Sesill.
- Bobołak?! Tutaj? To ci dopiero! To twój przyjaciel, Sesill?
- Tak, babciu Eleonoro - odrzekła Ptaszyna, ściśle przestrzegając tutejszego ceremoniału.
- A co on robi tutaj, w Novigradzie?
- Prowadzę badania - wibrysy na pyszczku bobołaka nastroszyły się.
- A poza tym szukamy wujeczka, skoro była już mowa o jego brodzie - powiedziała Sesill.
- Takie buty - zadumała sie babuleńka albo udała, że to czyni. - Do tego dokumentnie dziurawe, skoro chodzi o tego nicponia Radgasta. Ja ci już dawno mówiłam, Sesill, zostań u mnie. Pomożesz mi z dziećmi. Przecież lubisz dzieci, Sesill. A własnych jeszcze nie masz, z tego co mi wiadomo.
Oczy staruszki przez chwile błysnęły chytrze.
- A ty trzymasz się tego paskudnego oszusta, który to nicpoń interesy mi psuje - biadoliła, kręcąc głową. - Ach, nie przedstawiłam się, zdaje się, twoim towarzyszom. No więc, jestem Eleonora Schactschneider. I prowadzę tutejszy sierociniec.
- Wiesz, babciu Eleonoro, że nie mogę zostawić wujeczka. Mamy tylko siebie - odparowała spokojnie Sesill.
- Z tego co widzę, to nie tylko - Eleonora zmierzyła wzrokiem towarzyszy Sesill.
Matylda wtuliła się właśnie w bobołaka i głaskała jego futerko. Część pozostałych dzieci również do niego podeszła i przyglądała mu się z zaciekawieniem. Ten znosił to ze stoickim spokojem.
- No dobrze - westchnęła babuleńka. - Pewnie chcesz zapytać, Sesill, czy wiem gdzie znajdziesz tego kulawego osła. Powiem ci, ale będziesz mi winna, dziewczyno, przysługę.
Sesill pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Słuchy niosą, że zatrzymał się u Adjany, "Pod rozpiętym gorsetem". Tam go szukajcie – powiedziała staruszka i opuściła głowę, wracając do robótki. Właśnie powstawała śliczna czapeczka, zapewne dla któregoś z jej licznych "wnucząt". Audiencja została zakończona.

CDN.
Ostatnio zmieniony 29 sty 2017 00:08 przez Radgast, łącznie zmieniany 1 raz.
Pomyślałem zrazu, że kłamie każdym słowem
Ów chromy dziadyga ze swym złośliwym okiem

Awatar użytkownika
Alicia
Posty: 170
Rejestracja: 20 wrz 2009 02:34

Re: Wujeczek

Postautor: Alicia » 29 sty 2017 00:04

Niezłe, masz talent. :o

Eleonora
Posty: 1
Rejestracja: 29 sty 2017 01:01

Re: Wujeczek

Postautor: Eleonora » 29 sty 2017 01:02

Szwietnie, lubie opowieszczi kulawego oszła :D

Poczułam sie jak celebrytka 8-)

Awatar użytkownika
Sesill
Posty: 39
Rejestracja: 03 kwie 2015 04:33

Re: Wujeczek

Postautor: Sesill » 29 sty 2017 07:10

Świetne :)
Lepiej bym sama Sesill nie wymyśliła.
100% Sesill w Sesill.
Radgast, Eleonora.
I w ogóle MRU.
Exp? Po co nam exp? Przecież możemy erpegować! ;)
Sesill Vogel, Biedna Sierota, Ta Ktora Przynosi Swiatu Owoce, kobieta.

Awatar użytkownika
Ysar
Posty: 143
Rejestracja: 14 lis 2016 08:29

Re: Wujeczek

Postautor: Ysar » 29 sty 2017 11:12

"Wesołe jest życie żebraka" ;) Świetnie się czyta i czekam na więcej.

Awatar użytkownika
Denea
Posty: 240
Rejestracja: 16 mar 2010 01:30
Lokalizacja: Legionowo

Re: Wujeczek

Postautor: Denea » 30 sty 2017 01:47

I mnie sie podobalo :) Czekam na wiecej.
Ble... Ble? Ble!

Awatar użytkownika
Usul
Posty: 43
Rejestracja: 28 maja 2014 18:47

Re: Wujeczek

Postautor: Usul » 30 sty 2017 09:47

Bardzo fajnie napisane i wciąga! Czekamy na kolejną część :)


Wróć do „Logi i Opowieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości